7 dni, 6 miast, 3450 przejechanych kilometrów + 85 pokonanych pieszo w 110 000* krokach, prawie 2000 zdjęć, kilka butelek (/kartonów) dobrego (poważnie!) wina, niezliczona ilość wspomnień.

“Wszystko co dobre, szybko się kończy” – w broszurce skłamali, to przecież bzdura. I naprawdę teraz nie przesadzę, jeżeli napiszę, że cała podróż (no, przynajmniej dla mnie z pewnością), ma pozytywne skutki do chwili obecnej, z kolei sam czas spędzony na miejscu, który tak barwnie staraliśmy się wypełnić w każdej jednej minucie – trwał i trwał. Jak dobrze kojarzę, a jestem tego całkiem pewna – nawet przez chwilę nie pomyślałam o przedłużeniu pobytu, a przecież kraj winem płynący bezwarunkowo zaskarbił sobie moje serce i byłam naprawdę szczęśliwa mogąc spacerować wąskimi alejkami pięknych, włoskich miast. Dostałam wszystko czego chciałam i nie potrzebowałam już niczego więcej, cudowny stan. Nadszedł więc czas by się tym choć trochę podzielić.

Zrzut ekranu 2015-09-21 o 18.48.44

Wenecja, San Marino, Perugia, Rzym, Piza i na końcu długo wyczekiwana Florencja. Ile pomniejszych miast i wiosek minęliśmy po drodze – trudno zliczyć, podobnie jak miejsc na wybrzeżu, w których zatrzymywaliśmy się tylko (i aż) po to, by pójść na plażę, zjeść śniadanie na kocach, obejrzeć panoramę czy zostać przez noc na kempingu. Jednak to wieczorów spędzonych na plaży z włoskim winem, świeżo wypieczoną bagietką i słoiczkiem pesto będzie mi brakowało najbardziej. No dobrze, może poza jeszcze jednym wyjątkiem, bo nie przesadzę, jeżeli powiem, że zdarzyło mi się we Włoszech zjeść najlepszy posiłek w całym moim dotychczasowym, świadomym życiu, na to jednak zamierzam poświęcić inny wpis przy okazji fuzji włoskich smaków – ta kwestia wymaga zdecydowanie dłuższego komentarza!

.więc co mnie tak ujęło we Włoszech?

Pamiętam, jak rok temu będąc w Mediolanie, wyjeżdżałam z Włoch nieco zawiedziona. To była moja pierwsza wizyta w tym kraju i spodziewałam się czegoś innego, zwłaszcza, że tyle się przecież mówi o mentalności Włochów. Mediolan wydał mi się skrajnie… nie-włoski. Bo prawda jest taka, że to, co mnie teraz tak ujęło w Italii to właśnie ludzie oraz ich mentalność, ale o tym przekonałam się dopiero za drugim razem, podróżując po całym kraju. Włosi są przede wszystkim serdeczni, uprzejmi, a przy tym rzecz jasna – mili, zazwyczaj uśmiechnięci, chętni do pomocy i zdecydowanie wygadani – to ostatnie bywało akurat czasem dość męczące i/lub utrudniające pewne interakcje, ale będąc w samym epicentrum ich świata – i tak płyniemy z tym prądem.

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

Jedzenie. Temat rzeka – tam wszystko kręci się wokół jedzenia. Cały czas, nieustannie. Chciałabym napisać, że do znudzenia, ale skłamałabym. Akurat na kuchni Włosi znają się wyśmienicie – a to naprawdę nie może się znudzić. Lasagne, pesto, calzone, pizza, czy nawet lody – przecież te smaki są tak banalne, proste i ogólnodostępne w każdym innym zakątku świata, że nie powinny robić na nas żadnego wrażenia – jednak w słonecznej Italii smakowały… po prostu włosko. Nie wiem czy to klimat tak wpływał na doznania, czy może świadomość jedzenia miejscowych potraw w ich kolebce albo, co byłoby dość oczywiste, oni naprawdę robią tę pizzę najlepiej? Jestem skłonna w to uwierzyć. Fuzja smaków była wszechogarniająca, do tego stopnia, że mój żołądek otrzymał tygodniową kartę unlimited. Mentalnie przygotowałam się nawet na krótką redukcję po powrocie, najwyraźniej jednak dziesiątki kilometrów zrobiły co do nich należało, tym bardziej mnie to cieszy.

Wino. I aż chciałoby się dopisać od razu: pesto. Ale chyba wino mówi samo za siebie. Było wszędzie. Było naprawdę dobre. Było go dużo. Nie wiem czy powinnam pisać coś więcej.

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

Krajobraz i architektura miast. Och, ile bym dała, żeby Wrocław ociekał tysiącami wąskich uliczek, z których każda miałaby coś innego do zaoferowania. Z kolei widoki i krajobrazy momentami zapierały dech – zwłaszcza, gdy podróżowaliśmy przez maleńkie miejscowości. Trzy domy w wiosce? Żaden problem, jeżeli czwartym będzie restauracja. Nie przejechaliśmy przez ani jeden obszar, który byłby zamieszkany, a w którym nie byłoby Ristorante. I dosłownie – czasem to był ten “czwarty dom”, ale jego obecność była najwyraźniej bezwarunkowa.

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

Białe Fiaty 500, skutery Piaggio, czy Vespy, chyba już na stałe wpisały się we Włoski klimat, nie wyobrażam sobie, że mogłyby zniknąć z ulic miast – są ich integralną częścią.

.ale dlaczego nie mogłabym zamieszkać w Italii?

Mój żołądek by tego nie wytrzymał. Poważnie, ile można jeść? No dobrze, dużo, zwłaszcza tam, ale skutki byłyby opłakane. Poza tym nie sądzę, by było mnie stać na to, by kupować średnio raz na kwartał (jakby dobrze poszło) nowy samochód bądź płacić krocie u blacharza. Włosi są koszmarnymi (po stokroć by to powtórzyć, a i tak byłoby mało) kierowcami. Bywały chwile, gdy myślałam, że nie wyjedziemy stamtąd bez jakiejkolwiek kolizji, czy nawet wypadku. W żadnym innym zakątku świata nie spotkałam się na ulicach z tym, z czym mieliśmy do czynienia we Włoszech. Nawet Grecy jeżdżą o niebo lepiej! Przepisy? Przecież dla Włochów one nie istnieją. Cud, że rozróżniają kolory świateł na sygnalizatorach, choć i z tym czasem bywało różnie…

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

No i ta plaga turystów. Jestem przyzwyczajona do życia w dużym mieście, przyznaję, przeniesienie na wieś lub do małej mieściny byłoby dla mnie nie do zniesienia przed 60. Niestety każde duże miasto we Włoszech jest codziennie atakowane przez tysiące turystów, co z kolei mi osobiście wydaje się być niesamowicie męczące. Ulice powinny już dawno zapaść się od ciężaru i ilości straganów z pamiątkami, a markowe sklepy dawno splajtować z powodu obnośnego handlu podróbkami znanych i drogich marek. Tak, to niestety było szalenie irytujące, może właśnie z tego też powodu jedyną rzeczą jaką zakupiłam i przywiozłam ze sobą była… zapalniczka (która jest naprawdę świetna tak swoją drogą, szeroka i płaska – idealnie zmieści się do mojej papierośnicy). I to by było tyle, jeżeli o pamiątki chodzi.

Następny przystanek we Włoszech widzę już raczej na sycylijskim lotnisku, choć i ten musi poczekać na swoją kolejkę – w końcu nie tak dawno dość brutalnie wykopaliśmy z planów Grecję, trzeba się przeprosić. Zdecydowanie.

* Aplikacja dla iPhone 5s – Moves (licznik przebytych kilometrów, spalonych kalorii, zrobionych kroków)

Jeden komentarz

Odpowiedz

Cudowne zdjęcia! Tak chcę odwiedzić Włochu… ale chyba mieszkać (ze względu na ilość kuszącego jedzenia) też bym tam nie dała rady :)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.