Dajcie mi wina, dorzućcie deskę serów i dopiero co wyjęte z pieca chrupiące bagietki, a znajdę się w moim własnym Disneylandzie. Krótko o tym jak francuski szlak specjałów zaskoczył mnie swym klimatem na wrocławskiej Staromiejskiej Promenadzie.

Wymarzona forma relaksu odnalazła mnie właściwie w idealnym momencie – tuż po sesji (nareszcie!), po tygodniowej służbowej konferencji, po znalezieniu nowego gniazdka i przeprowadzeniu się do niego, a co za tym idzie – po ogarnięciu całego bałaganu, który był jego integralną częścią, po serii zarwanych i często zupełnie straconych czerwcowych nocy około sesyjnych (których było więcej, niż najprawdopodobniej w jakimkolwiek innym okresie mojego życia jak do tej pory), po tym, jak wreszcie opadł czerwcowy kurz stresu i deadline-ów w pracy. Tak, miesiąc niemalże idealny ;)

Wracając piątkowym wieczorem z uczelni, spacerowaliśmy z M. po urokliwych okolicach Starego Miasta. Dzień wcześniej moja siostra wysłała mi wiadomość o tym, że pojawił się francuski event na Promenadzie, a dokładniej – kolejny jarmark, których to we Wrocławiu nie brakuje ostatnimi czasy. Musielibyście mieć naprawdę dużego pecha (albo szczęście), żeby wpaść do Wrocławia i na żaden nie natrafić. Miesięczny Jarmark Bożonarodzeniowy, taka sama edycja letnia w świętojańskim klimacie, czy chociaż, co by daleko nie szukać, cykliczne Jarmarki Ekologiczne, zarówno na placu Marii Magdaleny jak i na Nowym Targu, na których, tak btw., można skosztować wybitnie pysznego grzanego wina i takiego samego miodu. A teraz pojawił się kolejny, z tą jedną drobną różnicą, że w tym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Francuski Jarmark tętnił życiem i niesamowicie wyjątkową atmosferą. Ozdobione lampionami i sznurami światełek stragany rozstawiono przy fosie, wzdłuż głównej alei, wśród zieleni i drzew, zaraz obok Ogrodu Staromiejskiego na wrocławskiej Promenadzie.

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

W pierwszej chwili przystępowałam z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać wejścia, później już nie wiedziałam gdzie oczy podziać – mój Disneyland. Nie wiem czym dokładnie Francja zaskarbiła sobie moje serce, ale ilekroć tam jestem, zawsze są to najwspanialsze chwile spośród wszystkich moich podróży. Ten Jarmark był jakąś namiastką tego, do czego tak mi nieustannie tęskno.

Sprzedawcy byli w większości francuzami lub obcokrajowcami, niewiele mówili po Polsku, co miało swój nieodparty urok, nieco mniejszy – fakt, że wraz z Zachodem przyjechały również ceny. Jak na polskie, często znacząco wygórowane standardy cenowe w typowo turystycznych obszarach większych miast, ceny na Jarmarku brutalnie ściągnęły mnie na ziemię, na tyle, że zamiast kupować wszystko i wszędzie, musiałam ochłonąć, dokonać szybkiej oceny sytuacji i ostatecznie stworzyć ekspresową wishlistę ;) Takie życie. Ale do konkretów – co można znaleźć w takim miejscu? W zasadzie wszystko, czego można sobie zażyczyć na jarmarku – świeże wypieki, oczywiście nie tylko croissanty, chrupiące pieczywo, ogrom najróżniejszych słodyczy, lodów, ciast i przekąsek, kolorowe ciasteczka macarons (miłości ma!), niestandardowe żelki, różnego rodzaju francuskie dania, tace serów, bogatą ofertę win, piękne tkaniny, mydełka na wagę, drewniane dekoracje do domu, znalazłoby się również trochę biżuterii i perfum, a także innych gadżetów, jakby dobrze poszukać. Francja przez chwilę tętniła życiem we Wrocławiu – ludzie siedzieli na ławkach popijając wino z kieliszków, racząc się przy tym smakołykami, a sznury lampionów i światełek stanowiły idealny duet wraz z zachodzącym słońcem. Przyznam szczerze – wątpiłam w ten Jarmark gdy dowiedziałam się o nim dzień wcześniej, to co zastałam na miejscu było naprawdę miłą niespodzianką – zapomniałam na chwilę gdzie jestem.

Nie jestem jeszcze do końca przekonana, czy to dobrze, że trwał tak krótko, bo jedynie 3 dni, dzięki temu może doceniłam go bardziej i nie zdążyłam się znudzić, ale jednocześnie czuję  pewien niedosyt. Obiecałam sobie tam wrócić w niedzielę, gdyż zgodnie z agendą, ostatniego dnia miał trwać do godziny 18.00. Z nieznanego mi powodu całość zniknęła w nocy poprzedniego wieczoru,  a w niedzielę nie było już nawet po nim najmniejszego śladu.

Jeden komentarz

Odpowiedz

Jestem zachwycona zdjęciami! Na pewno bym szalała z radości, mogąc tam być :) Ale wishlista pewnie jest niezbędna :)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.