Miałam ochotę rozpocząć ten tekst słowami: nie wiem od czego powinnam zacząć, ale obiecałam sobie, że nigdy tutaj do czegoś takiego nie dojdzie. Przekazując Wam publikowane treści, zawsze chcę, aby były one jasne i klarowne, a przede wszystkim, aby stanowiły coś więcej, niż tylko wyrazy złożone z pojedynczych liter. Chcę przekazywać Wam emocje, nastroje, zaszczepiać myśli i podsuwać pomysły, czasem chcę Was popchnąć w stronę dobrych rzeczy, a ostatecznie pragnę Was inspirować, bo uważam, że to zawsze będzie najlepsza rzecz, jaka może wyniknąć z blogowania. Ten wpis jest dla mnie szczególny, ale czy zatrzymacie się na chwilę, by dowiedzieć się dlaczego?

.gap year?

Będąc lekko ponad miesiąc temu w Barcelonie, pojawiła się w mojej głowie niespokojna myśl łaknąca wielu zmian. Bardzo dużych zmian. Musiałam włożyć wiele wysiłku w to, by ostatecznie nie wywrócić swojego życia do góry nogami. Niektóre rzeczy powstrzymałam, inne świadomie dopuściłam, chcąc sprawdzić się na nowym gruncie. Pierwszą decyzją była rezygnacja z dotychczasowej pracy.

Długo nosiłam się z tym zamiarem, więc nie była to akcja „widzimisię” – złożyło się na to wiele czynników. W życiu staram się jednak wystrzegać demonizowania rzeczywistości, a gdy coś mi się nie podoba – zmieniam to, o ile w jakiś sposób jest zależne ode mnie, dlatego w tej konkretnej sytuacji, to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Uzbrojona w oszczędności, zdecydowałam się na praktykę z rodzaju gap year, z tym, że u mnie miała ona trwać mniej więcej do końca tego roku, mając jednocześnie z tyłu głowy myśl, że w każdej chwili mogę z tego zrezygnować i zmienić kierunek. Zaczęłam więc snuć plany dotyczące obrony, jako że to mój ostatni rok studiów, nauki nowego języka, doszlifowania angielskiego, zapisania się na zajęcia z rodzaju tych aktywnych, ale przede wszystkim chciałam skupić się na rozwoju bloga, by wyprowadzić go na tory, na których już od dawna go widziałam, a na co zwykle nie miałam czasu – praca na pełnym etacie + studiowanie zaoczne skutecznie mnie ograniczały.

W tzw. międzyczasie myślałam też o przeprowadzce do innego kraju; od dawna pragnęłam spróbować wolontariatu za pośrednictwem jednej z wielu organizacji dla młodych (głównie dla studentów), by może w przyszłości powtórzyć to samo już na własną rękę. I wtedy się zatrzymałam. Minął miesiąc i gdy piszę ten tekst, uśmiecham się, bo mam już odpowiedzi, których jeszcze niedawno tak rozpaczliwie szukałam.

.czego tak naprawdę chcesz?

Długo zajęło mi odpowiedzenie sobie na to pytanie, ale gdy już to zrobiłam, poczułam, jakby zdjęto ze mnie ogromny ciężar. W końcu poczułam, że jestem tu i teraz, przestając żyć zaplanowanym dla siebie życiem. Przestałam żyć przyszłością. Pomogły mi w tym moje stare notatki, jeszcze z czasów spotkań z rozwoju osobistego. Znalazłam kilka pytań*, na które bardzo rzetelnie starałam się odpowiedzieć, a dopiero później zaczęłam składać je w sensowną całość.

.ludzie:

→ Jakim typem ludzi chciałbyś się otaczać?
→ Jaki chciałbyś mieć wpływ na innych?

.prywatność:

→ Gdzie chciałbyś mieszkać/żyć?
→ Jak spędzałbyś wolny czas?
→ Co chciałbyś przeżyć w swoim życiu?
→ A co posiadać (materialnie)?

.rozwój osobisty:

→ W jakim kierunku chciałbyś się rozwinąć?
→ Jakie sukcesy chciałbyś osiągnąć?

.praca:

→ Oczekiwana forma pracy:
→ Pożądany wymiar czasu pracy:
→ Jaki rodzaj projektów Cię interesuje?
→ Ile chciałbyś zarabiać?
→ Gdzie chciałbyś pracować?
→ Twój preferowany styl zarządzania:
→ Jaką chciałbyś mieć atmosferę w miejscu pracy:

* z wykładu Wojciecha Paździora

.autoanaliza

Sięgnęłam także po własną analizę według kryteriów SWOT (strengths, weaknesses, opportunities, threats czyli mocne i słabe strony, a także szanse i zagrożenia), ale przede wszystkim zaczęłam rozmawiać. Bardzo dużo; z osobami mi bliskimi, ale nie dlatego, że jesteśmy blisko, tylko dlatego, że im ufam i wiem, że chciałyby dla mnie jak najlepiej. Bardzo wiele pomógł mi M., z którym trudne rozmowy niejednokrotnie sprawiały, że emocje brały górę, a łzy spływały strumieniami, jednak dzięki temu jestem teraz w tym miejscu i to znacznie silniejsza – bo zrozumiałam. Nie dostałam rozwiązania na srebrnej tacy, mój partner nie powiedział mi co mam zrobić, niczego też nie zrobił za mnie, ale pomógł mi dojść do tego samodzielnie. Trwało to długo, dni zdążyły zamienić się w tygodnie, ale na końcu zostałam już tylko ja i moja świadomość. Wielokrotnie wyklinałam go za to, że jest dla mnie zbyt surowym nauczycielem, jednak koniec końców, po stokroć wolę to, niż głaskanie po głowie i mówienie, że wszystko się ułoży, i po stokroć bardziej jestem mu wdzięczna za tę postawę, nieocenione wsparcie i jeszcze większą cierpliwość.

.przerwa

Miesiąc upłynął nim się obejrzałam. Z nawiązką nadrobiłam zaległości towarzyskie, nasze mieszkanie jeszcze nigdy nie było tak czyste, a kuchnia nie obfitowała w tak dziwne eksperymenty. Ucierpiał jedynie (i aż) blog. Z powodu wielu wątpliwości miałam trudności ze skupieniem, mimowolnie więc odcięłam się od Internetu, a co za tym szło – także od bloga oraz blogosfery. Wpisy owszem, pojawiały się, ale był to wynik wyłącznie instynktu samozachowawczego, który krzyczał do mnie, że pozwalam, by emocje wzięły górę i będę mocno żałowała, gdy porzucę to, na co pracowałam przez ponad rok, sumiennie się do tego przykładając, co w efekcie owocowało przede wszystkim wspaniałą pasją i niesamowitą satysfakcją, o radości nie wspominając.

.na końcu tęczy

Znalazłam to czego szukałam, po drodze próbując nowych rzeczy, zbierając kolejne doświadczenia, sprawdzając się w innych okolicznościach dnia codziennego. Dokonałam wyboru. Nie zamierzam wieść swojego życia tu i teraz, żyjąc wizją przyszłości. Jasno określiłam dwie ścieżki, które zaprzątały moją głowę, tocząc ze sobą nieustanną walkę i wybrałam tą, która była bliższa mnie i mojemu sercu. Temu, czego naprawdę pragnę. Czeka mnie jeszcze wiele przeciwności i chwil zwątpienia, ale nie boję się tego, bo wiem, czego chcę i mam świadomość, że nie muszę walczyć ze wszystkim sama, a świat nie spoczywa na moich barkach. Moje decyzje pozostaną wyłącznie moje, a w chwilach zwątpienia, przyjdzie mi podjąć je w oparciu o pytanie:

Co najgorszego może się stać?

… i zdecyduję, czy naprawdę warto. Świadomie wybieram życie, a nie egzystencję w oczekiwaniu na spełnienie wizji przyszłości. Buduję ją każdym kolejnym dniem, będąc dokładnie tu i teraz – myśląc, odczuwając, przeżywając i doświadczając, bo jutro jest dla przegranych.

Your future is created by what you do today – not tomorrow.

Myślę, że każdy z nas, przynajmniej raz na kilka lat, powinien dokładnie zweryfikować swoje dążenia, odpowiadając sobie tym samym na kilka prostych pytań dokonujących swoistej autoanalizy. Znacznie łatwiej jest iść przed siebie mając świadomość, dokąd się zmierza, bo to pozwala skupić się na tym, co mamy tuż pod nosem, a czego bardzo często nie zauważamy, mając wzrok utkwiony daleko w oddali. Nie przegapmy życia, bo naprawdę szkoda by było.

Photo: Creative Commons license (CC0) – unsplash.com

17 odpowiedzi

Odpowiedz

I gdzie finalnie wylądowałaś :)? Pytam z ciekawości, bo 8 tygodni temu sam wyruszyłem w wymarzoną podróż dookoła świata (po tym jak rzuciłem robotę i wszystko, co mi przeszkadzało).

Odpowiedz

Najgorsze co mogłoby się stać, to postój z powodu strachu :)

Odpowiedz

Podjęłaś bardzo odważną decyzję, ale bardzo Ci w tej odwadze kibicuję! Tylko dzięki ryzykowaniu i próbowaniu nowych dróg można zajść faktycznie tam, gdzie się chce. A gdy czytałam o Twoich łzach przypomniały mi się moje, gdy dzieliłam się z Mateuszem swoją jednoczesną miłością i nienawiścią do agencji ;) I to były tak bardzo potrzebne łzy, zresztą na pewno sama też już o tym wiesz :)
Trzymam kciuki, kibicuję i pozdrawiam serdecznie! :)

Odpowiedz

doskonale Cię rozumiem i wspieram na odległość, bo i u mnie taki moment nastąpił i myślę, że między innymi właśnie dlatego nastąpiła moja blogowa przerwa. tak jak sama pisałaś, blog gdzieś na tym cierpi, nie chcemy tego, a z drugiej strony nie do końca mamy siły, aby dzielić się swoją codziennością z innymi, kiedy głowę zaprząta masa myśli i chwila, kiedy zastanawiamy się, co dalej z tym zrobić. ktoś kiedyś powiedział mi proste słowa, które dopiero w jej ustach zabrzmiały dla mnie naprawdę prawdziwie – że nie możemy zgadzać się na to, aby żyć tak, jak tego nie chcemy. proste, ale jakże prawdziwe i dopiero wtedy zatrzymałam się i powiedziałam: “hej, to przecież prawda!”. staram się wprowadzać zmiany, próbować, żyć tak, jak tego pragnę, choć wymaga to czasami wielu trudnych chwil, a nawet poświęcenia, ale wiem, że podjęłam kroki. ściskam Cię na odległość i dziękuję – Ty wiesz za co, mam nadzieję, że teraz oddychasz pełną piersią, a w Twojej głowie klaruje się nowa przestrzeń.

:*

Odpowiedz

Bardzo dziękuję Ci za te słowa, to naprawdę wiele dla mnie znaczy.

Odpowiedz

Ja swego czasu doszłam do wniosku, że u mnie co 2-3 lata następuje tego typu przewartościowanie. Kończy się to jakąś bardzo drastyczną zmianą. Zgadzam się więc bez żadnej dyskusji z tym co napisałaś, z potrzebą zmian i przede wszystkim weryfikacji dążeń. Piękny tekst, naprawdę trafia do człowieka.

Odpowiedz

Piękny tekst. Ja jestem nadal na etapie poszukiwania swojej drogi. Nie wiem co chciałabym robić w życiu. Nie mam konkretnej pasji, zainteresowań. Chciałabym to zmienić, nadal szukam. Niestety bezskutecznie..

Odpowiedz

Wychodzę z założenia, że człowiek szuka swojej drogi przez całe życie, ponieważ zmieniamy się w miarę upływającego czasu :) To co zainteresuje nas dziś, niekoniecznie może być kluczem do szczęścia za 10 lat, dlatego szukanie pasji i zainteresowań jak najbardziej tak, ale nie na siłę i nie pod kątem “na zawsze”. Bądźmy dla siebie wyrozumiali i przede wszystkim otwarci. Myślę, że warto spróbować żyć tym, co mamy wokół siebie, w warunkach, jakie stworzyliśmy sobie dziś, a jeżeli to za mało – koniecznie sięgnijmy po więcej, wszystko, byle nie godzić się na życie, którego wcale nie chcemy wieść. Osobiście uwielbiam próbować nowych rzeczy, ale gdy po kilku próbach dochodzę do wniosku, że to nie dla mnie – nie załamuję się. Kończę przygodę i sięgam po kolejną, do skutku, aż załapię bakcyla i zostanę przy czymś na dłużej. Ostatecznie nie wiem co to będzie, dopóki nie przekonam się na własnej skórze. Wiesz, wydaje mi się, że ludzie bardzo często patrząc na innych, umniejszają sobie samym, weźmy np. takie pasje i zainteresowania – nie trzeba od razu grać na jakimś instrumencie, chodzić do szkółki jeździeckiej, czy spędzać dni na dzierganiu, aby powiedzieć, że ma się jakąś pasję :) Zainteresowania to również to, co robimy na co dzień – od słuchania muzyki, przez gotowanie, czytanie książek, podróżowanie, bycie na bieżąco z sytuacją polityczną, czy chociażby dekorowanie i upiększanie przestrzeni dookoła nas. To czasem drobnostki, które aż się proszą, by dać im więcej uwagi i skupić się na nich nieco bardziej, bo mają nam jeszcze wiele do zaoferowania. Trzymam za Ciebie mocno kciuki i naprawdę gorąco namawiam do nieprzerwanych prób, bo czy chcesz czy nie, z pewnością są pasje, które czekają na Ciebie, byś je w końcu odkryła. To dotyczy każdego z nas.

Odpowiedz

Piękne. Idealne. To jest właśnie to, czego ja teraz potrzebuję. Bardzo dobrze czyta się takie teksty. Od razu człowiek dostaje kopa motywującego. Gratuluję odwagi i cieszę się bardzo, że udało Ci się podjąć taką decyzję! Trzymam kciuki :)

Odpowiedz

Bardzo dziękuję :)

Odpowiedz

Zgadzam się że na bieżąco trzeba weryfikować czy wciąż zależy nam na tym do czego zmierzamy, bo po drodze nasze pragnienia mogą się zmieniać w miarę jak odkrywamy nowe horyzonty. Gap year widzę po swoich znajomych jest bardzo pomocny. Pozdrawiam serdecznie beata

Odpowiedz

Życie to jest to, co dzieje się teraz. Gratuluję odwagi ;)

Odpowiedz

najgorsze, co się może stać to śmierć. ale kiedy już umrzemy, to będzie nam tak jakby wszystko jedno ;)

ja jestem typem osoby, która zawsze przewiduje czarne scenariusze. tzn. to nie jest tak, że ja myślę “na pewno zdarzy się coś złego” raczej “może się zdarzyć coś złego w związku z tym na wszelki wypadek przygotuję pięć planów awaryjnych”. zawsze się zastanawiam, co bym zrobiła gdyby stało się coś złego. bo złe rzeczy wiadomo, zdarzają się. nie cały czas, ale jednak. i lepiej mieć tego świadomość i być jakoś przygotowanym. chociaż oczywiście teoria teorią a w praktyce to wszystko wygląda zupełnie inaczej (czasami lepiej niż w naszych obawach i przewidywaniach ;)).

Odpowiedz

Nie powiedziałabym, że najgorsze co może się nam przytrafić to śmierć. Zdaje mi się, że w pierwszej części Harrego Pottera pojawił się taki dialog, Harry stwierdził, że bez Kamienia Filozoficznego Nicolas Flamel umrze, a wtedy Dumbledore odpowiedział mu: “Dla należycie uporządkowanego umysłu śmierć jest tylko początkiem nowej, wielkiej przygody”. Zapamiętałam to zdanie bo wydaje mi się bardzo prawdziwe. Nie można walczyć z nieuniknionym. I śmierć nie może być dla nas czymś najgorszym, bo kiedyś spotka każdego. Najlepiej tylko aby przyszła w odpowiednim momencie. Dla wielu osób śmierć to ratunek, bo np. są od lat chorzy. Może dlatego tworzysz tyle tych czarnych scenariuszy, bo boisz się nieznanego :)
Zgadzam się z tym, że trzeba żyć teraźniejszością, po co zaprzątać sobie głowę przyszłością, która może nie nadejść :) #pesymistkaroku

Odpowiedz

śmierć jest najgorsza w tym sensie, że to już koniec. cokolwiek innego w życiu się nam przytrafi możemy z tego wybrnąć, a zmartwychwstać już się nie da. to koniec. oczywiście tutaj pojawia się kwestia wiary w ewentualne życie pozagrobowe, reinkarnację czy niebo. ale tak czy inaczej śmierć jest końcem tego wszystkiego co było do tej pory. nie mówię, żeby się jej bać. wiadomo każdy umrze i (póki co) nic na to nie możemy poradzić. ale dopóki żyjemy cały czas mamy szansę wszystko zmienić, naprawić, uratować.

Odpowiedz

Zgodzę się ze stwierdzeniem, że śmierć wcale nie musi oznaczać najgorszego. Osobiście prędzej martwiłabym się o to, że za kilkadziesiąt lat, będę rozczarowana sobą i swoim życiem. Czas to swego rodzaju waluta, której nie możemy pomnożyć, mamy do wykorzystania określone zasoby, nigdy nie wiemy jak duże, nie ma też sposobu na jego odnowienie, odkupienie, czy zamrożenie. Czas jest nieodnawialny, dlatego takie ważne jest bycie tu i teraz, życie teraźniejszością, planowanie przyszłości owszem, ale będąc myślami w dniu dzisiejszym w warunkach, jakie do tej pory sobie stworzyliśmy. I z pewnością nie warto snuć czarnych scenariuszy, a także martwić się o coś, co może nigdy nie nadejść, a powstanie i skończy się wyłącznie w naszej głowach.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.