Nie wiem czy to dziwny zbieg okoliczności, czy może naprawdę wyjątkowo zwracam na to uwagę ostatnimi czasy, czując, że kwestia dotyczy i mnie, jednak faktem pozostaje, że znacząco częściej wpadam na nagłówki z rodzaju tych, w który sami właśnie kliknęliście.

Więc co jest nie tak, że tracimy zdolność do prawdziwego usłyszenia drugiej osoby, jak i prowadzenia rozmów, które zamiast zbliżać, jeszcze bardziej dzielą? Nawiązując do tematu – prawdopodobnie od razu powinnam się zreflektować i dopisać: gówno prawda, bo wcale nie chodzi o to, że ludzie nie potrafią – po prostu nie chcą. Otóż ja wciąż stoję po stronie, która twierdzi, że to nie kwestia chęci, a braku zrozumienia i o tym właśnie zamierzam Wam napisać.

.miłość to za mało

Czy możliwym jest, by kochać kogoś tak bardzo, że niewyobrażalny wręcz ból sprawia samo dopuszczenie myśli o rozstaniu, nie wspominając już o faktycznym odejściu, a jednocześnie być niezdolnym do zgodnego życia razem? Czy to możliwe, że przyzwyczajenie jest tak silne, ze zaćmiewa umysł i zdolność do podejmowania racjonalnych decyzji? Czy to instynkt samozachowawczy, strach przed samotnością? Nie wydaje mi się. Jestem bliska stwierdzeniu, że można się kochać, pragnąć, nie wyobrażać sobie życia bez siebie, a jednocześnie nie potrafić ze sobą być

.bo nie słuchamy

Dlaczego? Ponieważ ludzie rozmawiają ze sobą, ale nie słuchają swoich potrzeb. Kręcą się w błędnym kole, w którym jedna interakcja ma za zadanie pobudzić kolejną. Najgorsze jednak następuje w momencie, w którym żadna ze stron nie chce zapoczątkować cyklu, bo to by oznaczało zaciśnięcie zębów i zrobienie czegoś wbrew sobie i temu, co się czuje: akcja – reakcja, zrób coś, wtedy ja też coś zrobię. Niestety to błędne koło i nie prowadzi do niczego dobrego, a licytacje kto ma zrobić pierwszy krok tylko zaostrzą konflikt.

5686331613_3c7361d47a_o

.złote rady, czyli strzały “w dyszkę”

Ludzie mówią: “szczera rozmowa potrafi zdziałać cuda”, “po prostu rozmawiajcie”, ale jest też i druga szkoła: “jeżeli tak się dzieje miedzy wami, to na pewno nie jest to prawdziwa miłość”, “wpadliście w rutynę”, “nie ten/ta to inny/a”, “znudziliście się sobą”, “w normalnych związkach to się nie zdarza” – serio? Tylko na takie rady stać ludzi w najbliższym otoczeniu? Między innymi właśnie dlatego coraz częściej zostajemy z problemem sami.

W takim razie do meritum – co zrobić? Rozważyć “za” i “przeciw”, pozwolić by racjonalne myślenie, przelane w tabelkę na skrawku papieru wielkości A5, zadecydowało o przyszłości związku? Co więc z uczuciami? A może terapia szokowa – sprawdźmy co się stanie, gdy odejdę?

Może, może, może, prawdopodobnie rozwiązań są dziesiątki i setki, ale czasem wystarczy tylko trzeźwo spojrzeć na zastaną sytuację, włączyć trybiki, przeanalizować co do jasnej cholery się dzieje, czego chcemy, wziąć pod uwagę rzeczywiste przewinienia drugiej strony, zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami, zdać sobie sprawę z tego, co jest rzeczywistym problemem, który wychodzi za każdym razem, gdy powstaje bura o pierdołę typu “zapomniałeś/aś, że mieliśmy iść dzisiaj do kina”, “dlaczego nieustannie masz taki burdel na biurku i w promieniu metra w każdą stronę od niego?” – elementy zapalne do większych awantur można znaleźć bardzo szybko i bardzo łatwo, z kolei radzenie sobie ze skutkami wyciągnięcia na powierzchnię prawdziwego problemu jest nieco trudniejsze, często wręcz nieosiągalne i tu wracamy do tematu tego wpisu: nie słuchamy, nie rozmawiamy prawdziwie, tłumimy i kisimy w sobie uczucia, a co gorsza, nie potrafimy utrzymać ich na wodzy w skrajnych sytuacjach. Skoro już mowa o skrajnościach – podobno z tego nigdy nic dobrego nie wychodzi i wiecie co? Jest w tym stanowczo zbyt dużo słuszności. Warto mieć to na uwadze, gdy kolejny raz postanowimy ślepo i uparcie obstawać przy swoim.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

.grunt to rozmawiać (jednak)

i nie ma znaczenia, czy zaczynamy kurtuazyjnym “jak było w pracy”, czy “co u ciebie” albo “jak ci minął dzień”, nie ma znaczenia, że wciąż rozmawiamy o jedzeniu, o tym gdzie pojedziemy albo o tym, że ktoś nas znowu wkurzył. Nie ma znaczenia ciągłe paplanie o swoich pasjach bądź jednej z nich, że zaczynamy zawsze tak samo, kręcąc się wokół trzech rutynowych tematów. Znaczenie ma to, jak poprowadzimy dalszą rozmowę a także jak ją zakończymy, jaki będzie miała wydźwięk i jak wiele serca w nią włożymy. Czy poprzestaniemy na jakże “wycieńczającym”: “obiad masz w lodówce/na stole/w knajpie za rogiem”, czy zjemy razem i porozmawiamy o wszystkim, nawet, jeśli to tylko i aż codzienność.

.skróty myślowe

I to, że dla nas jest coś oczywistą oczywistością, że lecimy swoim schematem myślowym, nie oznacza, że druga strona nas rozumie, nie wymuszajmy więc na niej (czasem nieświadomie) stałej konieczności dopytywania o wszystko. Bywa, że warto nabrać dystansu i zastanowić się, czy aby na pewno zrozumiale komunikujemy, czy nasz sposób pomaga, czy też może utrudnia konwersację.

.aż w końcu ego

Nie my i nie nasze jest zawsze najważniejsze. Po pierwsze – słuchać i usłyszeć. A po drugie – miłość to również zdolność do poświęceń. Nie mam tu wcale na myśli porzucania swoich marzeń, celów i pragnień, skala jest znacznie mniejsza i mniej skomplikowana, a zaczyna się już od tego, czy wbrew naszemu samopoczuciu i oporach, zdobędziemy się na miłe słowo o poranku, byle tylko najbliższa nam osoba miała powód do uśmiechu. Czasami tak niewiele potrzeba, by uniknąć III wojny światowej.

Photo: Flickr.com (Creative Commons License); 1, 2, 3

23 odpowiedzi

Odpowiedz

Żałuję, że nie trafiłem na Twój tekst wcześniej. Być może wtedy mój związek potoczyłby się zupełnie inaczej

Odpowiedz

I patrzeć w oczy. Bardzo ważne.
Pisałem o tym niedawno…

Odpowiedz

A ja z innej strony i nieco inaczej ujmę temat. Nie potrafimy w ogóle rozmawiać ze sobą, bo znaleźliśmy inne substytuty dla rozmowy twarzą w twarz. Kiedyś kiedy jeszcze nie mogliśmy marzyc o telefonach ani tym bardziej internecie o wiele częściej rozmawialiśmy. A gdy nawet ktoś był daleko to słaliśmy listy, i wyczekiwaliśmy na nie odpowiedzi. W obecnych czasach prowadzimy tylko tani zamiennik tego o czym piszesz. Słowa może i płyną, ale w esach, komunikatorach, docierają po ułamku sekundy ale bez ładunku emocji i empatii. Mógłbym się założyć, że wielokrotnie widziałaś choćby taką sytuację: siedzą na ławce obok siebie dwie osoby i piszą do siebie esy. Łatwiej w końcu napisać hej, hello, co tam, lub wysłać emota niż zbudować pełne zdanie.

Odpowiedz

Ja uważam że rozmowa jest bardzo ważna, należy dzielić się swoimi przeżyciami dnia codziennego, emocjami, oczekiwaniami. Na tym polega partnerstwo żeby się słuchać, rozmawiać i wspierać.

Odpowiedz

Ostatnie zdanie majstersztyk!

Odpowiedz

Niektóre rzeczy są bardzo irytujące, ale do ich zrozumienia wystarczy zwykła rozmowa, która pozwoli na wyzbycie się irytacji, gdy druga osoba znów robi coś dla nas niezrozumiałego, a dla siebie rutynowego. Idealnie opisałaś przyczyny kryzysu w związkach. :)

Odpowiedz

Bardzo fajny post :)

Win
to Paris

Odpowiedz

Świetny tekst :) Bywają niestety też relacje kiedyś tętniące miłością, przyjaźnią i dobrocią, teraz oschłe i oziębłe, z których gdzieś ‘po drodze’ uszło powietrze. Kiedyś wypełnione kwitnącymi rozmowami, teraz zupełnie ich pozbawione. Po wielu próbach, które kończyły się bardzo raniącymi słowami teraz brak już sił na kolejne (może instynkt samozachowawczy ). Z moich doświadczeń przede wszystkim potrzebne są CHĘCI. Chęci z obu stron, szczere i z głębi serca. Nie ma szans na zbudowanie dobrej relacji jeśli nie ma tych chęci z obu stron, jeśli nie jest to wspólnym celem. Szkoda, że niektórzy tak szybko się poddają, szkoda że ich ego jest takie przerośnięte….

Odpowiedz

Ależ mądra z Ciebie babeczka! :) Pełna analiza kryzysu w związku + rady. Może powinnaś być psychologiem? :>

Odpowiedz

A wiesz, że był kiedyś taki pomysł? Z drugiej strony, nic nie stoi na przeszkodzie, by podjąć jeszcze jeden kierunek na magisterskich ;)

Odpowiedz

No to jak masz taką możliwość to pewnie :D Ja już się doszczętnie zakopałam w moim geodezyjnym świecie i ciężko po studiach inżynierskich na tym kierunku robić coś innego :)

Odpowiedz

Hm… najważniejsze, aby potrafić dawać coś z siebie. Nawet wtedy, kiedy akurat się nie bardzo chce, a może zwłaszcza wtedy. Potrafić być dla tego kogoś przyjacielem. Miłość to jest przede wszystkim wybór, że się chce być dla tej drugiej osoby. Że właśnie dla niej. I udaje się tylko wtedy, kiedy obie strony dokonały tego wyboru dobrowolnie, a nie np. tylko dlatego, że się akurat nikt lepszy nie nawinął.

Odpowiedz

W miłości nie ma miejsca na egoizm. Trzeba umieć się przestawić z “ja” na “my”.

Odpowiedz

Są rzeczy ze sfery “my” i te, które dotyczą “ja”. Jeśli “my” domaga się zrezygnowania z “ja” i wiecznego poświęcenia to ja bardzo dziękuję za takie związki. Już miałam, nie polecam.

Odpowiedz

Pewnie, że tak. Ale jeśli w związku przeważa “ja”, a “my” schodzi na dalsze tory lub służy jedynie zaspokojeniu własnego ego, to jaki jest sens takiej relacji? Wykorzystanie partnera?
Nigdy nie popierałam związków, w których musiałabym się ograniczać, poświęcać coś ważnego tylko po to, żeby udowodnić drugiej osobie, że mi zależy. Innym też wybijałam ja z głowy. Złotym środkiem jest znaleźć osobę, która sprawia, że jak najmniej myśli się o rozdzielaniu tych dwóch sfer, bo przychodzi to naturalnie :)

U mnie “ja”=”my”. W sensie, że obydwie te strefy są równie ważne. Nie ma wypominania, zmuszania, terroru w stylu: “Albo coś tam zrobisz albo odchodzę”. Nie ma też zaspokajania własnego ego. Myślę, że jeśli któraś z tych sfer zaczyna patologicznie dominować to trzeba uciekać.

I to jest zdrowe podejście :) Niestety jest wiele osób, które będąc singlami myślały wyłącznie w kategorii “ja”, a wchodząc w związek nie potrafią zaakceptować w swoim życiu obecności drugiej osoby, nie potrafią przestawić się na “my”.

Odpowiedz

Pod to co napisałaś podciągnęłabym jeszcze jeden przypadek, który coraz częściej obserwuję u znajomych par: wymuszanie podzielania pasji i zainteresowań, wymaganie, by partner dążył do podobnych celów. Co innego wsparcie drugiej połówki w ich realizacji i gotowość do pomocy, a co innego wymuszenie, aby chciał w życiu tego samego. To tak nie działa i często prowadzi m.in. właśnie do kryzysów.

Odpowiedz

Zacznijmy od… dramatycznego uproszczenia słowa miłość: nazywamy tym samym to co jest między dzieckiem a matką, dzieckiem a jego psem, parą nabuzowanych hormonami nastolatków, szczęśliwym mażeństwem w średnim wieku oraz parą staruszków. Więc co to do tych par co nie mogą bez siebie żyć, nie mogąc jednocześnie ze sobą wytrzymać – przydałoby się inne określenie :-)

p.s. jednak Flickr?

Odpowiedz

Posłuchałam Twojej rady ;) Niestety wszystkie popularne strony z CC0 są przemielone już setki tysięcy razy.

Odpowiedz

To jest wlasnie miłość:-) jeśli kochali Cie rodzice, najprawdopodobniej potrafisz odwdzięczyć to uczucie i dać je innym, rodzeństwu potem przyjaciołom, zakochania nastoletniego nie nazwałabym miłością ale juz miłość do partnerki/zony tak i jeśli znowu tutaj pojawia sie miłość to i dzieci bedą nią obdarzone.
Mozna umieć kochać wszystkich z ww albo nikogo z nich:-)

Odpowiedz

No i trafiłaś w czuły punkt…
Jest kolosalna różnica między słyszeniem a słuchaniem. W relacjach z innymi ludźmi tak wiele wymaga wysiłku z obu stron i doprawdy nie pojmuję, dlaczego ludzie niekiedy nie podejmują nawet próby dogadania się. Wystarczy, że jedna strona spasuje i… Ech :/

Odpowiedz

Od czasu kiedy znam uczucie prawdziwej miłości, mogę patrzeć godzinami na męża, milczeć i odczuwać niesamowitą rozkosz;)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.