Menu
Podróże / Polska

Egzotyczna strona Wrocławia

Uwielbiam morze i wszystko co z nim związane – począwszy od plaż i delikatnego piasku pod stopami, przez palmy i tropikalną roślinność, kończąc na cudownym zapachu powietrza, szumie fal, obłędnym kolorze wody i sączeniu drinków (względnie wina z butelki) – gdyście w tym momencie zaproponowali mi przeniesienie do nadmorskich miejscowości, zapytałabym tylko, ile walizek mogę ze sobą zabrać.

No dobrze, nie do końca – nasze rodzime wybrzeże, choć posiada nieodparty urok i naprawdę lubię tam zaglądać (od czasu do czasu), to niestety nie jest szczytem moich marzeń (choć byłoby to wtedy znacząco prostsze do zrealizowania). Sercem jestem przy lazurowej wodzie i głębokiej zieleni palmowych liści, a że do urlopu jeszcze trochę, to załatwienie tej wody nieco potrwa, jednak z palmami okazało się być znacznie łatwiej. W tym celu udałam się do jedynego nasuwającego mi się miejsca we Wrocławiu – do palmiarni oczywiście :)

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

Miłą niespodzianką była wiadomość, że jako studentka Uniwersytetu Wrocławskiego, wstęp do Ogrodu Botanicznego mam przez 6 dni w tygodniu… bezpłatnie, #tylewygrać! Raz, że nie mam daleko, dwa – to miejsce jest całkowicie odcięte od zgiełku całego miasta, więc jeżeli szukacie we Wrocławiu lokalizacji, w której spokojnie usiądziecie na trawie, czy ławce, w bliskim otoczeniu natury – Ogród Botaniczny będzie idealnym miejscem.

.z miłości do palm i sukulentów

Jakiś czas temu, z uporem maniaka, próbowałam znaleźć w sklepach sukulenty, najlepiej w różnych kolorach, wielkościach i w zasadzie to powinnam pójść na Pinterest’owy odwyk. Na nic zdały się moje wysiłki – pozostały zakupy online. W palmiarni i kaktusiarni znalazłam za to prawdopodobnie wszystkie dostępne ich odmiany – przepadłam bezpowrotnie… Dobrze, że nie można ich kupić, bo nic by nie zostało.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

.stara szkoła

Swoją drogą, kojarzycie jeszcze stare polaroidy? Ostatnią styczność z jednym z egzemplarzy, miałam jakieś 15 lat temu, dlatego fakt, że pojawiły się na rynku w nieco odświeżonej postaci, ale też zupełnie innej marki, przyjęłam raczej z entuzjazmem, wliczając w to fakt, że ich cena nie zabija (no, oprócz wkładów). Wspominam o tym, gdyż moja wizyta w Ogrodzie, została połączona z niemałą gratką (jak dla blogera, którego miłością jest fotografia) – poszłam tam wyposażona w iście oldschoolowy sprzęt :)

Na wyprawę zabrałam Instaxa. Aż wtrącę – wiecie, co sobie właśnie pomyślałam, pisząc poprzednie zdanie? “Napisz, że to w żadnym razie nie jest wpis sponsorowany”; kolejna myśl: “co za chore czasy dla blogosfery”. Faktem jednak pozostaje, że (pomijając blogerki urodowo – modowe) najczęściej recenzje produktów wiążą się ze sponsoringiem, a gdy o tym nie wspominasz – zostajesz posądzony o kryptoreklamę. Taki nastał klimat, życie. Ale wracając – pomyślałam, że podzielę się z Wami moją subiektywną opinią, zwłaszcza, że to wciąż niszowa zabawka.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

.czy w ogóle warto?

To zależy czego oczekujecie. Ten aparat z całą stanowczością nie zastąpi Wam tradycyjnej lustrzanki, ani też cyfrówki, nie wspominając o aparacie z telefonu. Model na zdjęciu to Wide 210, drukuje on horyzontalne, szerokie i znacząco większe zdjęcia, w porównaniu do swojego małego brata “mini 7s/8/25/50” – te z kolei wychodzą pionowe, o połowę mniejsze, a całość jest porównywalna do wielkości kart kredytowych. Film, a w zasadzie wkład, który umieszczamy w Instaxie, zawiera dokładnie 10 arkuszy. Naciskając więc przycisk wykonania zdjęcia, raczej staramy się, by było ono przemyślane i dobrze wykadrowane – to w końcu tylko 10 ujęć :) I nie byłby to problem, gdyby nie fakt, że taki pliczek kosztuje… 35 zł. A umówmy się – 10 zdjęć? Czasami w pół dnia na smartfonie wykonamy 20 razy więcej.

I tu zatrzymam się na moment, bo może właśnie o to chodzi? O przemyślany kadr, o skupienie się, o ten ułamek sekundy, podczas którego czujemy przyjemny impuls, naciskając przycisk wykonania ujęcia. I ta chwila, gdy czekamy na efekty naszej pracy (pojawienie się zdjęcia trwa nawet 15 minut – to czas, który musi upłynąć, by zobaczyć pełną głębie kolorów, które udało nam się uchwycić). Niesamowity powrót do przeszłości!

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

.po co mi to?

Takie zdjęcia są piękną pamiątką, nie gorszą ozdobą i czymś całkowicie niecodziennym. Można je spakować w prezent, powiesić na tablicy wspomnień, przyczepić do mapy bądź po prostu włożyć do albumu – możliwości sporo, a efekt cieszy oko. Osobiście wykorzystuję je zarówno na tablicy, jak i… do innych zdjęć – Instagram rządzi się swoimi prawami (taki żart. albo wcale nie.).

.jakość

Nie jest to żyleta o miliardach megapikseli, bądźmy szczerzy. Obraz jest lekko rozmyty, barwy przyciemnione (Wide posiada opcję 3 trybów doświetlenia: dark, normal, light), ale to tworzy klimat w stylu vintage – osobiście nie mam nic przeciwko idealnie gładkiej i rozświetlonej twarzy :)

Obsługa sprzętu jest dziecinnie prosta, wymiana kasety również, urządzenie pozostaje zasilane 4 bateriami (myślałam, że aparat będzie je pożerał z prędkością światła, a tu naprawdę miłe zaskoczenie – wytrzymują kilka wkładów po 10, nawet, gdy używa się lampy błyskowej).

(kliknij w obrazek, aby powiększyć)

Ten aparat zdecydowanie nigdy nie zastąpi mi tradycyjnego wydania, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wrzucić jego miniaturową wersję (i tu ukłon w stronę mini, nawet, jeżeli zdjęcia nim wykonane są dwa razy mniejsze) do walizki i podczas wyjazdu, pstryknąć te 3 zdjęcia pamiątkowe, chwilę później wracając do niezawodnego smartfona. Piszę o wersji mini, jako że jest znacząco lżejsza, poręczniejsza i mniejsza, a kieszonkowe zdjęcia mają jednak swój urok.

Coś mi się wydaje, że znalazłam kolejne, ulubione miejsce we Wrocławiu, do którego będę wracała częściej, aniżeli do wielu innych.

O Autorce

Uwielbiam podróże, snowboardowe szusy, chodzenie po górach i swój czerwony motocykl. Na co dzień znajdziesz mnie na Instagramie, gdzie realizuję jeszcze jedną pasję - fotografię. Mam szczególną słabość do czarnej kawy, białego wina, zimy i żelków o smaku mango. Założyłam tego bloga, bo lubię odkrywać nowe miejsca, tak samo jak dzielić się pozytywnymi rzeczami #keepitsimple.

24 komentarze

  • simply lifetime
    27 maja, 2015 at 18:17

    mimo faktu, że jakość zdjęć nie może być w żadnym wypadku porównywana z cyfrówkami czy lustrzankami, to jestem ich ogromną entuzjastką. raz w roku wywołuję zdjęcia z ostatnich 12 miesięcy, ale w związku z tym, że ich ilość w folderach jest zatrważająca, jestem zmuszona wybrać kilkaset, zazwyczaj ok. 200. nie ma jednak przy tym tej zabawy i radości, jaka niewątpliwie jest podczas robienia zdjęć tego rodzaju sprzętem. to taka mała kapsuła wspomnieć, wędrująca z nami tu i tam, łapiąca te magiczne momenty, które już się nie powtórzą. i choć mojej lustrzanki nie zamieniłabym na nic innego (no chyba, że na lepszy model…), to mam nadzieję, że za jakiś czas stanę się szczęśliwą posiadaczką takiego cudeńka :)

    Odpowiedz
  • Dagmara Piekutowska
    25 maja, 2015 at 11:55

    Dzięki Tobie podjęłam ostateczną decyzję i zdecydowanie stanę się właścicielką Instaxa mini. Jest to ciekawy sposób na przechowywanie wspomnień. Niestety większość zdjęć, które robię nie zostają wywołane. W moim rodzinnym domu piętrzą się albumy z analogicznymi zdjęciami (mój tata wciąż jest wielbicielem Zenitu), a ja właściwie wszystkie zdjęcia posiadam na Dropboxie. Wciąż brakuje mi czegoś materialnego. Polaroidy nie zabierają też dużo miejsca, więc zawsze będę mogła je mieć przy sobie.

    Uwielbiam sukulenty. O palmach nie wspominając. Żałuję, że w przeszłości nie miałam w pobliżu ogrodu botanicznego :)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      25 maja, 2015 at 18:31

      Przypomniałaś mi, że jeszcze kilka lat wstecz, kilkukrotnie podejmowałam próby wywoływania niektórych zdjęć z wybranych podróży. Im więcej jednak ich się pojawiało, tym bardziej rozrastała się moja lista w katalogu “do wywołania”. Dziś posiadam już około 25-30 tysięcy zdjęć, nie ma siły, bym dokonała selekcji pod kątem “do wywołania”. Segregacja – już prędzej, odchudzanie katalogów – również (zarzekałam się że to zrobię u @igormroz:disqus ;) ). Dlatego ten Instax wydaje się być czymś, co rozwiąże poniekąd narastający “problem”. Nie jestem zachłanna, wystarczy mi kilka sztuk nawet z kilkudniowego wyjazdu, a efekt i radość z posiadania takich egzemplarzy to coś bezcennego :) Dlatego… tak, ja również czaję się na mini :)

      Odpowiedz
  • Monika Syminowicz
    25 maja, 2015 at 09:41

    Oj tak, byłam w tym ogrodzie podczas urlopu we Wrocławiu. Akurat było słońce, więc grzałam się na ławce przez dobre parę godzin. :) Wrocław jest naprawdę pięknym miastem, warto go odwiedzić. :)

    Odpowiedz
  • Justyna Rolka
    25 maja, 2015 at 06:51

    Ada, dzięki Tobie mam ochotę na przeprowadzkę do Wrocławia:) Dzięki Tobie, ten blog jest jednym z moich najwspanialszych miejsc w sieci:*

    Odpowiedz
  • messbyus
    25 maja, 2015 at 00:09

    Ja jestem dumną posiadaczką instaxa wide 300, ale jeszcze uczę się go używać ;) nie zawsze zdjęcia wychodzą tak jak tego chce.. ale może w tym ich cały urok. Wiem jedno – warto!

    Odpowiedz
  • Monika Gagat
    24 maja, 2015 at 21:04

    Pewnie gdzieś o tym pisałaś, ale wybacz, nie chce mi się szukać. Jaki masz model lustrzanki?
    Uwielbiam takie ogrody botaniczne. W moim mieście jest tylko mała i śmierdząca palmiarnia, ale jak byłam w Dublinie to tam ogrody normalne o botaniczne były tak piękne, że spędziłam kilka godzin! :)
    A co do instaxów to teraz wracają do łask. Co druga osoba w szkole dostaje go jako osiemnastkowy prezent :)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      24 maja, 2015 at 23:29

      A wiesz, że nawet nie wiem, czy wspominałam? :) Mam sędziwego Canona 40D, za to z ukochanym obiektywem 50mm, których to… niemalże w ogóle nie używam. Lwią część zdjęć, będzie z jakieś 90%, wykonuję iPhonem 5s :)

      Odpowiedz
      • Monika Gagat
        25 maja, 2015 at 07:30

        U mnie w domu kurzy się gdzieś stary Olympus taty, ale jest zbyt ciężki dla mnie. Canony są spoko! :) Oglądałam wczoraj oferty różnych firm i właśnie canon ze swoim 760d lub 750d najbardziej mnie zainteresował.
        Jak wymieniałam telefon to się zastanawiałam nad iphonem ale w końcu wybrałam inny – niemniej rozumiem, co to znaczy dobry aparat w telefonie. To jest naprawdę genialna sprawa! :)

        Odpowiedz
  • Igor Mróz
    24 maja, 2015 at 20:22

    <3 Moja młodość! Jak bylem mały to bardzo czesto chodzilem z mama do Ogrodu Botanicznego, a kaktusiarnie i palmiarnie wprost uwielbialem. Z tej pierwszej "żywe kamienie" a w palmiarni oczywiscie to najgoretsze pomieszczenie :D

    Snif, snif, moze hmmm HA! Moze wlasnie tam sie wybierzemy jak bede za miesiac? :D

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      24 maja, 2015 at 23:31

      Żywe kamienie przerażają mnie po dziś dzień! :)

      I z przyjemnością, zwłaszcza, że ostatnio naprawdę często uciekam w to miejsce, tym samym jest mi coraz to bliższe :) Za miesiąc to będzie jakoś… 3 tydzień czerwca. Good, akurat nie mam zjazdu! :)

      Odpowiedz
  • Część Mnie
    24 maja, 2015 at 19:37

    Piękne miejsce!

    Odpowiedz
  • Katsunetka
    24 maja, 2015 at 19:15

    Idealne miejsce na wakcyny wypad, głównie po dużą ilość pięknych zdjęć. :) A aparat, ciekawa zabawka. Mi się jednak marzy zakup kliszy i wszystkich odczynników aby mieć w domu własna ciemnię. Pozostaje mi poczekać, zobaczymy czy to wyjdzie. Wole nie robić sobie złudnych nadziei.

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      24 maja, 2015 at 23:27

      Zdecydowanie pod tym względem dogadałabyś się z moją siostrą – ona również sercem jest przy starej szkole fotografii :)

      Odpowiedz
    • AnuŚka Bąbik-Daniło
      25 maja, 2015 at 07:24

      Polecam! Miałam kiedyś ciemnie i świtnie się w niej bawiłam! :) teoretycznie nadal mam, tylko złożoną;) na początek wystarczy Ci stara lustrzanka (ja mam zenita ttl), czarno-biała klisza, powiększalnik, oddczyniki i papier. Polecam pierwszą kliszę wywołać w zakładzie i bawić się odbitkami, bo kliszę niestety łatwo prześwietlić i szybko się zniechęcić, a ta magia, gdy na papierze pojawia się obraz to cudowny moment! :)

      Odpowiedz
  • Świnka
    24 maja, 2015 at 17:48

    No to mam już jeden z podpunktów w planie do zwiedzenia Wrocławia. Akurat Ogrodu Botanicznego nie zwiedziłam podczas mojej ostatniej wizyty tam… :/ A jeśli chodzi o aparat to jakoś nigdy nie ciągnęło mnie w ich stronę- telefon w zupełności mi wystarcza na moje pseudo-insta wybryki :D

    Odpowiedz
  • www.simplife.pl
    24 maja, 2015 at 14:29

    mieliśmy tam kiedyś plener malarski, super sprawa :)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      24 maja, 2015 at 23:26

      Och, tam z pewnością nie zabrakło inspirujących punktów :) Ja kiedyś wybrałam się z całą ekipą na Pergolę i do Ogrodu Japońskiego; pamiętam, że wybrałam materiał, w którym czułam się najsłabiej, bo pastele olejne – mam traumę po dziś dzień ;)

      Odpowiedz
  • AnuŚka Bąbik-Daniło
    24 maja, 2015 at 10:48

    Ada, kolejny punkt do odhaczenia we Wrocławiu, dzięki! A co do instaxa, od prawie roku jestem posiadaczką takiego mini właśnie. Świetnie sprawdza się na imprezach, no i jest potem niesamowita pamiątka – masz tylko jedną kopię zdjęcia! Znajomi muszą przyjść osobiście i wziąć album do rąk, żeby sobie przypomnieć dawne ujęcia. Uwielbiam go, choć wygląda jak pralka, ma mały błąd paralaksy i faktycznie dość drogi jest jeden mały obrazek.:)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      24 maja, 2015 at 23:24

      Hm… coraz bardziej chcę kupić tę mniejszą wersję; trochę macałam ją sobie ostatnio, będąc w sklepie, ale jeszcze nie przytachałam go do kasy :) A powiedz mi proszę, czy zdjęcia nie wychodzą jednak zbyt małe? Nie widziałam real próbek, tylko to, co porównywane sieci – są o połowę mniejsze, co wygląda naprawdę uroczo, zastanawiam się jednak jak jest w rzeczywistości :)

      Odpowiedz
      • AnuŚka Bąbik-Daniło
        25 maja, 2015 at 07:30

        Jeśli jesteś fanką krajobrazów (co można stwierdzić po blogowych fotkach) to faktycznie odbitki są dosyć małe. Jak chcesz uwieczniać ludzi to do 4 osób w poziomie wygląda dość wyraźnie. Mamy co prawda fotkę, na której zmieściło się ponad 20 osób, ale buzie mamy wielkości dużej główki od szpilki…;) Powiedziałabym, że to taki imprezowy gadżet. Fotka spokojnie mieści się w portfelu.

        Odpowiedz

Zostaw komentarz