Temat włoskiego jedzenia stanowi studnię bez dna. Wyczerpanie go jest niewykonalne. I to właśnie tam, w stolicy słonecznej Toskanii, zjadłam najlepszy posiłek w swoim życiu.

Prostota biła po oczach – nasz lunch był tak szalenie nieskomplikowany, a jednak spełniający wszystkie moje możliwe “chcę!”, że naprawdę (choć starałam się usilnie) nie mogłam poskromić szerokiego, ucieszonego rogala na mojej twarzy – jak dziecko w cukierkolandii. Trudno to inaczej nazwać, moją reakcję trzeba było po prostu zobaczyć. Ach, tyle szczęścia!

Spacerując po wąskich uliczkach i dachach (no dobrze, tylko po jednym dachu…) pięknej Florencji, natrafiliśmy na maleńki lokal, stanowiący częściowo kawiarnię, a częściowo swego rodzaju bistro, w którym były jedynie dwa stoliki na zewnątrz i tyle samo w środku. Bar prowadziło dwóch starszych Włochów, z których jeden był już w dość sędziwym wieku; w obsłudze pomagała im przemiła młoda dziewczyna. Szybko ułożyłam sobie w głowie scenariusz, że to z pewnością ojciec, syn i jego córka – wiekowo wszystko pasowało, kto wie, może nawet byłam blisko. W lokalu upatrzyłam sobie nic innego jak… calzone – typowe, włoskie, smaczne, łatwe do zjedzenia. Było jednak na tyle ogromne, że wzięliśmy z M. jedno na pół. Cierpliwie poczekaliśmy, aż podpieką je dla nas w piecu, a dalej nasz plan zakładał zgubienie się w jednej z tych wąskich alejek, najlepiej na schodkach czy przy fontannie, względnie ławce. Gdy otrzymaliśmy nasze jakże wyszukane danie – ochoczo z pudełkiem w dłoni ruszyliśmy przed siebie. Miejsce znalazło się bardzo szybko (tak, padło na schodki).

Co takiego otrzymaliśmy w ramach zamówienia? Średnio grube ciasto, misternie zawinięte w szczelny pieróg, który został posmarowany (choć skąpo) z wierzchu sosem pomidorowym. Natomiast środek (poezja) wypełniono (aż po same brzegi!) zadziwiająco dużą ilością bardzo smacznej szynki i mozzarelli, szczyptą suszonych ziół i oczywiście włoskim sosem pomidorowym, na dopięcie całość pokropiono oliwą – rzecz jasna najlepszą, bo włoską.

(aby powiększyć, kliknij w obrazek)

Po zjedzeniu, nasza reakcja była błyskawiczna. Zaznaczyliśmy w CityMaps2Go lokalizację cud-baru i ruszyliśmy przed siebie zrobić trochę kilometrów i miejsca w żołądkach – oczywiście wszystko po to, by wrócić po kolejną porcję. Lekko ponad godzinę później zjedliśmy kolejne, tym razem już na miejscu. Calzone pokrojono na małe kawałki i jeszcze gorące skropiono suto oliwą. To naprawdę proste danie podano nam na… srebrnej tacy, co było miłym zaskoczeniem. Wtedy, popijając włoskie espresso, znalazłam się w swoim własnym raju – i wcale teraz nie żartuję. Niewiarygodne jak niewiele mi potrzeba do szczęścia. Muszę nad tym popracować.

I w zasadzie tak sobie teraz pomyślałam, że cały pobyt we Włoszech nie miałby tylu pozytywnych aspektów, gdyby nie fuzja pysznych smaków, jakich można tam doświadczyć. Włochy to cudowne wino, pyszne pesto, najlepsza pizza, lasagne i calzone, to piękne plaże i czysta woda, to wąskie, urocze uliczki, białe fiaty 500, ogrom słońca i zapierające dech w piersiach widoki. Ten kraj to ludzie.

A Ci ludzie robią naprawdę pyszne calzone. I lasagne. I pesto. Kocham pesto.

3 odpowiedzi

Odpowiedz

Tak niesamowicie piszesz o swoich przeżyciach. Gdy czytam ten wpis mam wrażenie, że jestem na Twoim miejscu! :)
Mam pytanie, w jakim języku porozumiewałaś się będąc we Włoszech?

Odpowiedz

Och, calzone :) Jak ja tam chcę pojechać!

Odpowiedz

Zdecydowanie nie powinnam tego czytać o pierwszej w nocy, Ślinka cieknie mi po brodzie. Bardzo fajnie tu u ciebie rozgoszczę się jeśli mogę :D

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.