Featured Podróże

Południowy Tyrol. Zimowa kraina czarów

Każdej zimy przychodzi taki czas, że chociaż przez chwilę tęsknie spoglądam na kalendarz, odliczając, ile jeszcze czasu pozostało do słonecznych dni. Mimo to wciąż nie zwykłam w tym okresie uciekać na drugi koniec globu w poszukiwaniu absurdalnie wysokich temperatur. Pewnie gdybym nawet wpadła na taki pomysł, odległość byłaby mało zachęcająca. Dlatego tym bardziej wizyta w Południowym Tyrolu (niem. Südtirol, wł. Alto Adige) była dla mnie sporym zaskoczeniem. Czy wiedzieliście, że słońce świeci tam aż 300 dni w roku? Nic dziwnego, że pomimo ujemnych temperatur na stoku, nieustannie marzyłam tylko o tym, aby ściągnąć kurtkę (a żeby tylko). Poza tym… który prawdziwy miłośnik nart czy snowboardu, zamieniłby zimę na leżenie na plaży, zwłaszcza, że leżaki tak świetnie sprawdzają się w Alpach?

Od mojego powrotu minęły już dwa tygodnie, ale z powodu dwóch innych podróży, musiałam przełożyć tę relację nieco w czasie. Jednak wierzcie mi lub nie, wprost nie mogłam się doczekać, aby pokazać Wam zimową krainę Południowego Tyrolu, obszaru, w którym najchętniej zaszyłabym się na wiele (tygo)dni, chociażby tylko po to, aby pozachwycać się widokiem majestatycznych Dolomitów (i sączyć włoskie espresso oczywiście).

„The most beautiful mountains in the world.” — Reinhold Messner, Italian mountaineer

.san candido

… które znajdziecie także pod nazwą Innichen (niem.), to niewielka miejscowość położona w regionie Trentino – Alto Adige, w prowincji Bolzano. Miasteczko liczy sobie zaledwie 3000 rdzennych mieszkańców, a jego powierzchnia to 80km², jednak urok tego miejsca nie pozwolił mi nie wspomnieć o nim chociażby kilku słów. San Candido było naszą bazą wypadową podczas odkrywania najpiękniejszych zakątków regionu. Z tego miejsca mieliśmy zaledwie 10 minut drogi samochodem do najbliższego ośrodka narciarskiego Alta Pusteria / Hochpustertal, gdzie czekało na nas prawie 80 km tras zjazdowych w jednym miejscu!

Natomiast samo Innichen to niewielkie, ale za to bardzo urokliwe miasteczko. Główny deptak z pięknym kościołem (Parrocchia di San Michele) z XII wieku, a także muzeum poświęconym Dolomitom (The Dolomythos Museumi pasażem lokalnych sklepików, sprawiają, że można zapomnieć o rzeczywistych rozmiarach miejscowości, a już zwłaszcza wtedy, gdy widzi się kilka butików znanych marek, gdzie mówimy o naprawdę niewielkim obszarze. Mieliśmy także to szczęście, że stacjonowaliśmy tuż za rogiem, więc główny plac mieliśmy zaledwie 50 metrów obok. Zatrzymaliśmy się w Post Hotel, który należał do rodzinnego przedsiębiorstwa, składającego się z kilku takich miejsc w regionie. Nasz pobyt był czystą przyjemnością i pewnie gdyby nie fakt, że chciałam wypróbować lokalne stoki, zaszyłabym się w hotelu na cały wyjazd, bo widok z tarasu był wszystkim! Jedyny warunek – rano musiałabym mieć akceptowalną ilość espresso, a wieczorem wina i byłabym szczęśliwym człowiekiem.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć i wyostrzyć zdjęcie)

W okolicy nie brakuje także doskonałych barów i restauracji, i nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o Jora Mountain Dining, chacie, w której mieliśmy przyjemność zjeść jedną z kolacji. Lokal jest umiejscowiony na pobliskim stoku, dlatego po zmroku można się tam dostać wyłącznie skuterem śnieżnym lub… pieszo, jeśli ktoś ma ochotę. Opcje zejścia na dół są już nieco bardziej rozszerzone, może sanki? Bo i takie się znajdą. Upewnijcie się wcześniej, że opłaciliście swoje międzynarodowe ubezpieczenie, bo będziecie zjeżdżali z nieoświetlonego stoku ;) W Jora kuchnia była po prostu doskonała, łącznie ze świstakiem, po którym wciąż mam wyrzuty sumienia, a crème brûlée wygrał wszystko. Chociaż moja grupa ostatecznie zakochała się w kuchni w Hotelu Adler, który mieścił się w pobliskiej miejscowości Niederdorf, tak moje serducho pozostało przy tym nieszczęsnym świstaku i w Jora Mountain Hut.

.strudelkopf

Południowy Tyrol zimą to nie tylko stoki narciarskie i wyjątkowa kuchnia (19 restauracji odznaczonych 22 gwiazdkami Michelin na tak niewielkim obszarze!), o hektolitrach dobrego wina nie wspominając, ale jest to także świetne miejsce do górskich wypraw. Nasze pierwotne plany uwzględniały dzień na rakietach śnieżnych, jednak warunki pogodowe spokojnie pozwoliły nam na pokonanie trasy obuwiu przystosowanym do górskich wędrówek, chociaż obowiązkowo przy asekuracji kijków trekkingowych. Przyznaję się bez bicia – początkowo ich nie doceniałam, natomiast później uratowały mi skórę (żeby to raz!), aż w końcu stwierdziłam, że lepiej brodzić w śniegu po łydki, z dala od wydeptanej krawędzi, niż ryzykować epickim upadkiem. Polecam.

Pogoda była idealna, do tego stopnia, że bardzo szybko pozbyliśmy się czapek i rękawiczek, później kurtek, aż w końcu zostaliśmy samych koszulkach termoaktywnych. Słońce na bezchmurnym niebie, odpowiednia wysokość i nagle temperatura przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Droga na szczyt zajęła nam lekko ponad 2 godziny, ale zdecydowanie było warto, popatrzcie tylko na te zdjęcia. Psst! Na kilku z nich zobaczycie zapierające dech, trzy szczyty (Tre Cime di Lavaredo) – perłę Dolomitów. Może nie wszyscy z Was wiedzą, więc warto dodać, że Dolomity zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć i wyostrzyć zdjęcie)

Dostałam od Was na Instagramie wiele wiadomości z zapytaniem, czy w Południowym Tyrolu dzikie wilki chadzają sobie od tak wśród ludzi. Bez obaw, możecie jechać spokojnie. Ten, którego spotkaliśmy był z człowiekiem, całkowicie oswojony.

W drodze powrotnej podjechaliśmy zobaczyć jeszcze jedną perełkę regionu – Pragser Wildsee (Lake Braies), górskie jezioro o zjawiskowym kolorze. Niestety zimą można co najwyżej pobiegać po tafli. Pomyślałam jednak, że zamiast pożyczać zdjęcia z sieci, pokażę Wam jego prawdziwą barwę w inny sposób (zerknijcie na przedostatnią fotografię). Pragser Wildsee ma średnią głębokość około 17 metrów, a w najgłębszym miejscu aż 36 metrów. Położone na wysokości 1494 m n.p.m., wbrew pozorom nie wymaga żadnej wspinaczki, spokojnie dojedziecie samochodem pod samo wejście do rezerwatu.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć i wyostrzyć zdjęcie)

.ciekawostki

  • w Południowym Tyrolu o wiele częściej spotkacie się z językiem niemieckim, aniżeli włoskim. W samym San Candido, dla 84% mieszkańców, język niemiecki jest językiem ojczystym. Nie znaczy to, że nie porozumiecie się w obu. Mało tego, spokojnie dodajcie do tego również angielski.
  • większość sklepów jest zamknięta między 12.00 a 15.00. Ach ten śródziemnomorski klimat! Nie ma to jak porządna sjesta.
  • najstarsza południowotyrolska miejscowość została założona w 901 roku i jest nią Bressanone (Brixen).
  • na stokach bardzo często, oprócz tras narciarskich, spotkacie także tory saneczkowe (how cool is that?!)
  • … a także zagrody z reniferami.
  • … albo z końmi. Nie ma to jak zatrzymać się na stoku, zjeżdżając akurat na snowboardzie, tylko po to, by rzucić okiem na renifera lub kucyka (takich rzeczy na pewno uświadczycie w ośrodku narciarskim Alta Pusteria / Hochpustertal, o którym więcej już w kolejnym tekście). Albo na rodzinę bałwanów. Ja teraz tak zupełnie poważnie.
  • świetnie skomunikowana kolej południowotyrolska dowiezie Was do małych miejscowości, a także głównych ośrodków narciarskich, nierzadko dostaniecie również bezpłatny karnet na komunikację, rezerwując pobyt w hotelu (warto o to dopytać).
  • tamtejsze ośrodki narciarskie są tak rozległe, że pomiędzy niektórymi trasami kursuje specjalny skibus.
  • w Alta Pusteria / Hochpustertal nie uświadczycie 137204 wypożyczalni sprzętu (jak to bywa np. w naszym rodzimym Zieleńcu). Jest jedna. Za to konkretna, ale o tym więcej już za kilka dni.

Następy tekst już stricte od strony zjazdowej. Nie mogę się doczekać, mam nadzieję, że Wy także, bo wciąż mam wiele zdjęć, którymi chcę się z Wami podzielić!

PS Wpis powstał w ramach wyjazdu prasowego na zaproszenie Südtirol. I tu chciałam z całego serducha podziękować całej ekipie, która sprawiła, że przeżyłam wspaniałe chwile i nowe doświadczenia. Szczególne uściski należą się Ani, która spięła nas wszystkich (i wszystko) w Polsce oraz Grecie, która akurat tego nie przeczyta, jako że piszę po polsku, ale wiedzcie,  że miała do nas anielską cierpliwość. Narciarz snowboardzisty nie zrozumie, a jednak ona dała radę ;)

Cover photo: M. Bozhko, (CC0) – unsplash.com

Wpisy, które mogą Cię zainteresować

  • Jejku cudownie! ;)
    Przepiękne te zdjęcia! :) Mimo wszystko cieszę się, że mieszkam tak blisko gór i mogę w weekendy mieć taką namiastkę (namiasteczkę?) Tyrolu :)

  • Tak właśnie miałam pytać, czy to prawdziwy wilk (!), ale później doczytałam resztę informacji :)

    Chociaż nie jestem zapaloną fanką gór, to chyba dla Dolomitów mogłabym zrobić wyjątek. Ach, takich wypadów brakuje mi zimą :)

    • Wiesz, odkąd pamiętam, zawsze byłam zdeklarowaną entuzjastką morza, pomimo mojej miłości do snowboardu. Ale po wizycie w Południowym Tyrolu nie jestem już taka pewna swoich pierwotnych odczuć i aż sama się dziwiłam mojemu zachwytowi, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi ;)
      Po prostu nie mogłam przestać chłonąć tych widoków i klimatu :) No i to powietrze! A patrząc na to, że Wrocław cały czas próbuje walczyć ze smogiem, to była kolosalna różnica :)

  • Magdalena

    Zdjęcia zapierają dech! <3 Zupełnie inny obraz tego regionu mam we wspomnieniach (jesienny) i coś czuję, że będę musiała nadrobić go w wersji zimowej :)
    A tak z innej bajki: jakiej aplikacji używasz do dodawania podpisu na zdjęciach? Przejrzałam i przetestowałam już kilka, ale z żadnej nie jestem zadowolona :/

    • Podpis dodaję w Photoshopie, głównie ze względu na font. A próbowałaś appki o nazwie Canva?

      • Magdalena

        Dzięki za odpowiedź! Wypróbuję :)
        Dobrego dnia!

  • Marcin Bocian

    ♡ bardzo ładnie to opisałaś:)