Tego dnia nasz plan zakładał bardzo prosty scenariusz – wjeżdżamy kolejką na Kasprowy i od razu ruszamy na Giewont przez Czerwone Wierchy. Szlak może poszczycić się widokami, które zapierają dech, więc szczerze nie mogłam się go doczekać. Pech jednak chciał, że zapomnieliśmy o jednym, maleńkim szczególe – był środek sezonu, a w tym okresie kolejka bawi wszystkich, stanowiąc bardzo popularną atrakcję turystyczną.

Ten jeden raz wstaliśmy za późno. Myśleliśmy, że ustawiając się po bilety o 9 rano, wjedziemy niemalże z miejsca. Niestety tak się nie stało, mało tego, nie byliśmy nawet blisko. Przewidywany czas oczekiwania w kolejce wynosił 4 godziny, bilety online były już niedostępne, podobnie zresztą jak opcja ich zakupienia w droższej kasie ekspresowej (różnica wynosiła około 20 zł / bilet, w jedną stronę). Nie było więc nawet mowy o tym, abyśmy tam zostali, szkoda było nam gór i czasu, więc z miejsca zmieniliśmy nasz rozkład jazdy i czym prędzej wybraliśmy się do Doliny Gąsienicowej, o cudownym, alpejskim klimacie.

.dolina gąsienicowa

W okresie letnim, do wyboru mamy szlaki: tłoczno i bardzo tłoczno :) Spod wyciągu możemy wyruszyć trasą żółtą albo niebieską, gdzie pierwsza nada się świetnie na zejście – jest nieco bardziej stroma, ale tym samym krótsza, niebieska natomiast może poszczycić się pięknymi widokami i jest łagodniejsza, w sam raz na intensywną wędrówkę :) Nie czarujmy się jednak, to bardzo popularne szlaki, więc jeżeli chcemy mieć góry tylko dla siebie, to powinniśmy wyruszyć skoro świt. My niestety trochę się spóźniliśmy. I o ile w samej Dolinie było już spokojnie, tak na trasie, zwłaszcza zaraz przy zejściu na Gąsienicową, było po prostu tłoczno, ale widoki wynagrodziły nam wszystko.

Podróż w dwie strony, spod kolejki do schroniska Murowaniec, to niecałe 20 kilometrów. Trasa jest przyjemna i przede wszystkim piękna, stanowi też świetny sposób na rozgrzewkę przed kolejnymi dniami w górach (mapę ze szlakami znajdziecie tutaj). A teraz zabieram Was dalej, przed nami kolejne podejście do Czerwonych Wierchów.

.na giewont przez czerwone wierchy

Próba numer 2 okazała się sukcesem. Pod kolejkę na Kasprowy dotarliśmy już po godzinie 7 i przed nami stało tylko kilka(naście) osób. Chcieliśmy jak najszybciej wyruszyć, bo szlaki na Giewont prowadziły także z innych stron, a znajomy, który był tego dnia z nami wspominał, że rok wcześniej stał ponad godzinę w kolejce do wejścia. Tak, do wejścia na sam Giewont.

Czerwone Wierchy znajdują się w ciągu głównego grzbietu Tatr Zachodnich. Widoki są niewiarygodne, a trasa wiedzie samym grzbietem. Szlak swoją nazwę zawdzięcza czerwono-brązowej barwie stoków, którą nadaje mu sit skucina, niepozorna roślinka z rodziny Sitowatych, która często brana jest przez turystów za trawę. Jesienią, a często już nawet w połowie lata, sit skucina przebarwia się na czerwono. My byliśmy trochę za wcześnie i nie dane nam było zobaczyć tego widoku, ale przynajmniej mamy świetny powód, aby wrócić tam jesienią. Podobno warto! Wyobraźcie sobie te grzbiety pomalowane na rdzawą czerwień. Coś pięknego.

.a co słychać na Giewoncie?

Co prawda nie utknęliśmy w kolejce u podnóża góry, ale z pewnością nie było to nasze najszybsze wejście. W sezonie wypada uzbroić się w cierpliwość, bo wejście na sam szczyt nierzadko oznacza trasę gęsiego, Giewont jest wtedy bardzo oblegany. Niestety z roku na rok niewiele się też zmienia i wciąż możemy spotkać tam turystów w klapkach i sandałach, nieprzygotowanych w żaden sposób do chodzenia po górach. Nie chodzi też o to, aby był przerost formy nad treścią, ale półlitrowa butelka wody i damska torebka, to po prostu słaby pomysł, zwłaszcza, że trasa liczy sobie od kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów w zależności od szlaku, a schroniska są od siebie mocno oddalone.

Turystów przerażają też trochę te osławione łańcuchy, umieszczone na Giewoncie, które to zresztą bardzo ułatwiają wejście, a później też zejście (osobne), ale przez całą tę otoczkę, trasa mocno się korkuje. Jeżeli macie na sobie normalne obuwie, które jest przystosowane do czegoś więcej, niż do chodzenia po Krupówkach, a lęk wysokości Was nie blokuje, to bez trudu sobie z tym poradzicie. W innym wypadku będzie trochę stresu, ale też dacie radę :) To łatwe wejście, po prostu trzeba trochę pomyśleć i nie pchać się tam z gładką jak tafla podeszwą, bo skałki są wyślizgane i aż błyszczą się w słońcu. I to jedyna trudność tej góry, abstrahując od tłumów na szczycie, którzy udali się tam w celu urządzenia sobie pikniku.

.spotkanie na szczycie

To maleńka powierzchnia, która na raz pomieści kilkadziesiąt osób, a wszędzie są skałki i przepaść. Mimo to ludzie rozkładają się tam ze swoim całym dobytkiem, biwakując, podczas gdy tłumy czekają, by jakkolwiek wejść pod Krzyż, przeciskając się pomiędzy ludźmi. Zobaczyłeś, zrobiłeś zdjęcie, nacieszyłeś się – zejdź i daj innym też tego doświadczyć. Na wyciąganie kanapek, ogórków kiszonych i na rozlewanie piwa wszystkim swoim znajomym dookoła, to nieco kiepski moment i brak kultury względem innych turystów.

.hala kondratowa & polana kalatówki

Po mało pozytywnych odczuciach względem Giewontu (po prostu drażni mnie brak kultury i słoma wystająca z butów), w drodze powrotnej obraliśmy kurs na Halę Kondratową, tym razem szlakiem niebieskim. Być może z powodu lekkiego zmęczenia kilometrami, jednak wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że wejście tą trasą możemy sobie spokojnie w przyszłości darować. Różnica wzniesień wynosiła aż 1000 metrów, ale absolutnie nie to było problemem – szlak wiedzie przez skałki i ułożone z nich schodki, które są wyślizgane i szalenie niewygodne, a widoki też praktycznie żadne. Nie mogę jednak ująć schronisku na trasie, które jest naprawdę wspaniałe, a także polanie Kalatówki. Idziecie sobie spokojnie lasem, a tu nagle takie widoki przed Wami:

Macie swoje ulubione szlaki w Tatrach? Mamy nadzieję wrócić tam na jesień, więc z radością przyjmę od Was wszystkie sugestie i polecenia :) A jeśli byliście kiedyś w którymkolwiek z tych miejsc to koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Jeden komentarz

Odpowiedz

Na Giewont wprawdzie nie dotarłam, właśnie ze względu na niechęć do ustawiania się w sezonie w osławione kolejki do wejścia na szczyt, jednak miałam okazję oglądać Czerwone Wierchy z bliska końcem września i potwierdzam,że jesienią mają bardzo ładny kolor, chociaż w trakcie mojego pobytu tam był on bardziej złoto-rdzawy, to jednak przyznaję że z sąsiedniego szlaku prowadzącego z Kuźnic na Kasprowy prezentowały się bardzo interesująco. :) Swoją drogą szlak o którym mówię jest oznaczony kolorem zielony i podobnie jak te wspomniane w tekście (przez Boczań i przez Dolinę Jaworzynki) rozpoczyna się w Kuźnicach w pobliżu wyciągu, jednak faktycznie dla niewielu osób wybierających się na Halę Gąsienicową kilkugodzinne wchodzenie tam przez Kasprowy wydaje się atrakcyjne. Przyznaję,że szlak momentami bywa męczący i to jednak widoki jakie funduje na całej trasie są po prostu niesamowite i z pewnością nigdy ich nie zapomnę! Plusem tego szlaku jest też fakt,że nawet w szczytowym sezonie ruch jest tam dosyć mały. :)
Co do kolejki na Kasprowy to także byłam w wielkim szoku mijając kilometrowe kolejki o kas około 8 rano! Z tego co słyszałam pierwsi klienci potrafią tam przychodzić na długo przed otwarciem,żeby ,,zaklepać” sobie miejsce! I to jest jedna z tych rzeczy,która w polskich górach dziwi mnie najbardziej. :D

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.