Wyjeżdżając, nawet przez myśl mi nie przeszło, że po powrocie będę uwikłana w tak wiele skrajnych odczuć, które, co do zasady, towarzyszą mi do chwili obecnej. Z jednej strony czas minął ledwie się obejrzałam, z drugiej zaś – stworzył dla mnie i bloga dość rozległą przepaść, skłaniającą do licznych refleksji. Od naszego powrotu minęła doba, zanim postanowiłam uruchomić komputer, co się stało?

.chwila dla refleksji

Podróż na Maltę z całą pewnością pozwoliła mi odpocząć mentalnie, a jak się okazało, potrzebowałam jej bardziej, niż mi się pierwotnie zdawało. Zwróciła także moją uwagę na te elementy codzienności, które do tej pory pochłaniały mnie bez reszty, nie dając chwili na zastanowienie, do tego stopnia, że musiała minąć wspomniana dodatkowa doba, bym zdołała ułożyć myśli i wrócić na właściwe tory. Zdecydowanie nie był to kolejny wakacyjny wyjazd na zasadzie: zobaczyć, doświadczyć, odpocząć, zrobić ładne zdjęcia, napisać post i zacząć odliczanie do kolejnego. Pobyt na Malcie uświadomił mi, jak mocno wciąż błądzę w swoich dążeniach do osiągnięcia wyznaczonych celów, jak wiele jeszcze przede mną, by w pełni poznać siebie i własne pragnienia, a nie wyłącznie ich złudzenie. Pozwolił mi skupić się na tym, co jest dla mnie naprawdę ważne i co w efekcie, mam nadzieję, mocno przełoży się między innymi na wdrożenie planów związanych z dalszym rozwojem Alabasterfox. Zbyt dużą część siebie zostawiam na tym blogu, by utrzymać go statycznym, podczas gdy moja rzeczywistość jest wciąż plastyczna.

.jaka jest Malta?

Piękna – i bynajmniej nie chodzi o zwyczajowe ładne widoki, choć i tym nie można odmówić uroku zapierającego dech w piersiach. Malta to niewielka wyspa, a liczba jej mieszkańców wynosi niespełna 450 tys. Mówi się, że małe jest piękne i w tym konkretnym przypadku, zgadzam się w całej rozciągłości. Niezwykłość tego kraju tkwi w kulturze i jego mieszkańcach, w niczym niewymuszonej życzliwości i uprzejmości, tolerancji, uśmiechu, chęci bezinteresownej pomocy, w braku pośpiechu, spokojnej, życiowej rutynie, otwartości i przyjmowaniu rzeczy takimi, jakie są (przynajmniej w obszarach, które zaobserwowałam, a do których jeszcze wrócę). Oczywiście nie będę umniejszać walorom estetycznym, bo wyspa jest naprawdę cudowna, jednak przez nieustające upały, zbyt nieprzystępna, a naprawdę szczerze pragnęłam zwiedzić ją wzdłuż i wszerz, co było nieosiągalne dla nas w czasie, który mieliśmy, przy tamtejszych ograniczeniach związanych z panującym klimatem.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć zdjęcie)

.ludzie

To oni skradli moje serce. Abstrahując od tego, że maltańczycy mają dziwny zwyczaj przepraszania za wszystko, nawet, jeśli to akurat my weszliśmy im pod nogi, to cechuje ich niesamowita pogoda ducha – są uśmiechnięci i życzliwi, nawet nieproszeni niosą pomoc, gdy tylko przyuważą, że mamy z czymś problem. Normą jest, że idąc ulicą, na każdym kroku będą się z nami witać, nawet, jeśli widzą nas pierwszy i ostatni raz w swoim życiu, życząc jednocześnie miłego dnia. Wskażą drogę, podwiozą, pożyczą pieniądze (!), doradzą, a nawet oddadzą nam bilet, wychodząc z autobusu – i wiecie co? Zdaje się, że wcale nie oczekują niczego w zamian.

Pierwszego dnia, jak to my, na cwaniaka uznaliśmy, że co to dla nas 6-7 km do jednej z piękniejszych plaż Malty – Golden Bay. Zakasaliśmy rękawy (no dobrze, ja sukienkę) i w długą – w końcu tyle do zobaczenia! Krętymi drogami, o zróżnicowanej wysokości terenu, doszliśmy może do 2/3 długości trasy, wycieńczeni i umierający z gorąca, jednak uparcie posuwając się do przodu. Gdy otoczenie zmieniło się na wyjątkowo suche i skaliste, zwątpiliśmy, zwłaszcza, że szliśmy poboczem ruchliwej drogi. Nim się obejrzeliśmy, ktoś zatrąbił i zjechał na pobocze, mówiąc, byśmy wskakiwali. Zapytał tylko, na którą plażę zmierzamy, ganiąc nas, że idziemy w taki upał. Podwózka była pod samo zejście na piasek, choć wcale nie było mu po drodze. To tylko jedna z podobnych sytuacji.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć zdjęcie)

Na początku nasza przeprawa z wyspą była obarczona wieloma błędami, potęgę klimatyzowanych autobusów doceniliśmy dopiero kolejnego dnia. Świetnie skomunikowany obszar, w którym rezydowaliśmy, sprawił, że autobusy stały się naszą codzienną drogą do celu. Koszt przejazdu wynosił co prawda 2€ / osobę, jednak bilet był ważny przez 2 godziny. Zdarzyło się, że wysiadając, niektórzy pasażerowie oddawali swoje bilety, podobnie jak jeden wspomógł nas o całe 0,50€. Pierwszy raz w życiu zdarzyła mi się taka sytuacja. Drugiego dnia, gdy wciąż przyswajaliśmy zasady panujące na wyspie, utknęliśmy pośrodku niczego, w samo południe, wyłącznie z kartami kredytowymi. Żadnego bankomatu w promieniu kilku dobrych kilometrów, jak poinformował nas pobliski hotel, zero możliwości zapłacenia plastikiem w autobusie, czy knajpie, celem wyciągnięcia gotówki – nada, null, zero. Mieliśmy przy sobie 3,50€, a na bilety potrzebowaliśmy 4,00€. Pytając na przystanku młodego chłopaka o bankomat, wiedząc, że z kierowcami nie ma co za bardzo dyskutować (ale o tym w innym wpisie), wyjaśniliśmy w czym problem – automatycznie pospieszył nam z pomocą, uzupełniając brakującą kwotę. Nigdy później nie ruszyliśmy się nigdzie bez zapasu gotówki – na Malcie trudno znaleźć miejsca, oprócz droższych restauracji i większych sklepów, w których można zapłacić kartą, a i tam nierzadko są kwoty minimalne 15 – 20€.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć zdjęcie)

Na każdy kroku spotykaliśmy ludzi, którzy z ogromnym zaangażowaniem, chętnie tłumaczyli nam dojazd do wybranej przez nas lokalizacji, czy udzielali niezbędnych wskazówek. Serce rosło, zwłaszcza o porankach, gdy kłaniali się mówiąc przyjaźnie “morning!”.

.widoki zapierające dech

Tydzień z lekką nawiązką wystarczył, bym mogła spokojnie stwierdzić, że zobaczyłam wystarczająco i odpoczęłam podobnie. Gdybyśmy mieli ze dwa, maksymalnie trzy dni więcej, zajrzelibyśmy jeszcze do Mediterraneo Marine Park Malta (maltańskie delfinarium), Popeye Village (wioska, pełniąca rolę parku rozrywki, zbudowana w 1979 roku na potrzeby filmu Popeye) oraz Blue Grotto, umiejscowione niefortunnie na drugim krańcu wyspy (jaskinie / system podziemnych korytarzy nad taflą morza).

(kliknij w obrazek, aby powiększyć zdjęcie)

Niemniej jednak udało nam się dotrzeć do najpiękniejszego jak dla mnie miejsca w okolicach Malty – wyspy Comino, na której zobaczyliśmy absolutnie najczystszą wodę, jaką mogliśmy sobie wyobrazić – Blue Lagoon. Nie odmówiliśmy także wizyty na wyspie Gozo, a tam z kolei podróży na Azure Window i pobliską plażę Dwejra, odwiedziliśmy stolicę Malty, zarówno tę aktualną, Vallettę, jak i starą, Mdinę; Sliemę, miasto z prawdopodobnie najpiękniejszym widokiem na Vallettę – niemalże pocztówkowym, a także całą okolicę St. Paul’s Bay oraz Bugibbę – najpopularniejszą miejscowość turystyczną na Malcie, w której to też stacjonowaliśmy. W tych okolicach mieliśmy doskonale skomunikowany dojazd do najpiękniejszych plaż na wyspie: Paradise Bay, Golden Bay, Ghajn Tuffieha Bay, Mellieha Bay czy właśnie Blue Lagoon na Comino.

.klimat dyktatorem

Każdy nasz dzień definiowany był przez skrajne upały, którym towarzyszyła zatrważająca wilgotność powietrza, co w efekcie niejednokrotnie odbierało nam zdolność do jakiegokolwiek sensownego funkcjonowania. Nigdy wcześniej, będąc chociażby we Włoszech, Grecji czy w Hiszpanii, nie doświadczyłam takiego gorąca. Nocą temperatura oscylowała w okolicach 26-28°C, natomiast za dnia dochodziła do 42°C. Słońce zachodzące o 20:15, jeszcze o 19:00 zostawiało ślady na naszych ramionach i nawet poranki, w których pokładaliśmy nadzieję, nie dawały ukojenia, gdyż o 9:30 było już 30°C. Między 12:00 a 16:00 większość sklepów była pozamykana, a na ulicach można było spotkać wyłącznie pojedynczych turystów, którzy najpewniej zabłądzili w drodze na plażę – mieszkańcy znajdowali wtedy ukojenie w swoich domach, za grubymi osłonami drzwi i okien, chroniącymi przed nadmiernym nasłonecznieniem. Tak więc o 8:00 rano przemykaliśmy do autobusu, celem dotarcia na plażę, a dopiero popołudniami, w okolicach 17:00, mogliśmy sobie pozwolić na zwiedzanie. Dzień kończyliśmy przed 01:00 w nocy i od 06:00 zaczynaliśmy cykl na nowo.

(kliknij w obrazek, aby powiększyć zdjęcie)

Malta jeszcze długo zostanie zakorzeniona głęboko we mnie, bo pomimo tych niesamowitych widoków, znalazłam w niej znacznie, znacznie więcej, aniżeli tylko to, po co tam pojechałam.

Kolejne teksty poświęcone temu niesamowitemu miejscu będą już nieco bardziej użytkowe i merytoryczne, zaplanowałam je z nadzieją, że przydadzą Wam się, gdybyście przypadkiem myśleli o podróży na Maltę. Wytrzymacie krótką serię? Obiecuję, że wpisy nie będą tak długie jak ten ;)

16 odpowiedzi

Odpowiedz

cudne zdjęcia! Uwielbiam Ciebie czytać więc nawet dłuższe teksty po proszę! :)

no i oczywiście czekamy na zmiany! :)

Odpowiedz

To naprawdę niesamowicie motywuje do dalszej pracy! :)

Odpowiedz

Piękne widoki, aż się napatrzyć nie można

Odpowiedz

jak zawsze jestem zakochana w Twoich zdjęciach. niemal czuję się, jakbyś przenosiła nas do swojego świata. cudownie to wszystko opisałaś, ale… z niecierpliwością czekam na więcej! relacje z podróży to zdecydowanie jedne z moich ulubionych, dlatego nie spocznę, dopóki wszystkiego nie przeczytam :)

Odpowiedz

Nawet nie potrafię wyrazić, jak miło mi to słyszeć :) Pięknie dziękuję za ciepłe słowa i oczywiście zapewniam, że będzie więcej!

Odpowiedz

Jak pięknie :) A historia z przekazywaniem biletów wywołała u mnie ogromny uśmiech, bo kiedyś studenci i licealiści mieli taki zwyczaj w Lublinie. Pamiętam pierwszy raz gdy dostałam bilet – byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co się dzieje. Dzisiaj pojedyncze osoby dalej praktykują ten zwyczaj, co zawsze uruchamia we mnie cykl wspomnień. Super, że odpoczęłaś! :)

Odpowiedz

Bałam się przyjść na bloga. Bałam się czytać. Wiedziałam, że opiszesz miejsce cudowne, wspaniałe. Nigdy nie byłam na Malcie, ale wystarczyły mi Twoje zdjęcia na Insta, żeby rozbudzić we mnie ogromną, nieukojoną tęsknotę za Sardynią. Znam to uczucie i, szczerze mówiąc, uwielbiam je! – noce tak gorące, że nie daje się spać. Żar lejący się z nieba, upał, który najlepiej przeczekać na plaży, w wodzie lub w zacienionym domu i te niekończące się pokłady energii, kiedy starcza kilka godzin snu, bo świat jest tak piękny, że szkoda spać. Pisz więcej, trudno, może to jakoś przeżyję :)

Odpowiedz

Za to ja z największą przyjemnością, odwiedziłabym kiedyś Sardynię :)

Odpowiedz

Pięknie, mamy w planach odwiedzić Maltę, ale chyba przesuniemy to na przyszły rok. Wspaniale jest móc się odciąć od codzienności, po takim czasie można wrócić z nową świeżością :)

Odpowiedz

Jeszcze tydzień temu takie temperatury panowały w Barcelonie, więc naprawdę rozumiem w jakim stopniu upał może wpłynąć na nasze codziennie funkcjonowanie. Namiętnie śledziłam wszystkie zdjęcia, które publikowałaś na Facebooku. Są niesamowite! Naprawdę wzbudziłaś moje zainteresowanie tą wzmianką o zmianach na blogu. Czekam aż napiszesz o nich coś więcej :) Poza tym cieszę się, że ten wyjazd Ci się udał. Zresztą codzienność w takim krajobrazie…

P.S Jeszcze tylko dwa tygodnie! :)

Odpowiedz

Niemalże modlę się, by klimat Barcelony pozwolił wtedy żyć! :)

Odpowiedz

No proszę! Nie spodziewałam się takiego wpisu z cyklu “travel diary”. Świetnie, że jest właśnie refleksyjny. Odarłaś go z cukierkowatości i została sama esencja. Jestem ciekawa tych zmian na blogu :) Ale nie porzucisz go? :)

Odpowiedz

Nawet nie dopuszczam takiej myśli :)

Odpowiedz

Ale cudowne widoczki! Też bym chętnie tam pojechała (zresztą mam takie odczucia do więcej niż połowy miejsc na świecie :D)

Odpowiedz

Cieszę się niezmiernie, że było Wam tam dobrze:) Cieszę się niezmiernie, że już Cię mamy:)

Odpowiedz

Dobrze jest wrócić :)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie widoczny publicznie.