Barcelona travel diary

Barcelona travel diary

Zazwyczaj nie wybieram destynacji randomowo, więc gdy decyduję się na wyjazd, to dokładnie wiem, dlaczego sięgam akurat po ten kierunek. Usłyszałam ostatnio, że jestem dość kochliwa, skoro już tak sobie o podróżach rozmawiamy i w sumie jest to prawda! Wynika to właśnie z powodu, o którym wspomniałam Wam powyżej – raczej wiem czego chcę i efekt końcowy nierzadko jest tylko formalnością. Niemniej jednak to Paryż nieustannie zajmuje zaszczytne, pierwsze miejsce na mojej liście, choć jak na ironię – nie stanowi miasta, w którym chciałabym mieszkać, a każda wizyta musi mieć swoją datę ważności. I tak było z wieloma miastami Europy, dopóki nie trafiłam do Barcelony.

Po raz pierwszy poważnie rozważałam przebookowanie biletów. Gdyby nie to, że nie byłam tam sama, najpewniej tak by się właśnie stało. Z drugiej strony – to dobra wymówka, by wrócić prędzej, niż później, chociaż szczerze nie sądzę, abym na pewno jej potrzebowała. Barcelona stanowi dla mnie obecnie coś więcej niż tylko miasto, które chcę zwiedzić do końca. Prawdę mówiąc nie wiem nawet, czy mi na tym zależy, co akurat jest sporą nowością, ale o tym może innym razem :) Czym więc tak ujęła mnie Barcelona?

.zielono mi!

W odróżnieniu od Malty, drugie co do wielkości miasto Hiszpanii, przywitało nas licznymi ogrodami i bujną zielenią, co przyznaję, było bardzo pozytywnym zaskoczeniem, podobnie jak temperatura, która nawet nie mogła konkurować z tą, którą trzy tygodnie wcześniej przeżywałam na wyspach, co akurat było niemalże zbawienne, bo umożliwiło znacznie więcej, niż tylko ukrywanie się w cieniu parasola na plaży.

Parque de la Ciudadela, Parque del Laberinto de Horta, czy Parque Güell to tylko początek cudownych terenów zielonych, którymi raczy nas Barcelona. Idąc ulicami stolicy Katalonii, nietrudno o skwer, który byłby otoczony drzewami, a w którym to spokojnie możemy odpocząć na ławce przy fontannie. I to właśnie te małe elementy dają ogromną różnicę, w porównaniu z wieloma turystycznymi miastami Europy – w Barcelonie naprawdę łatwo o odcięcie od zgiełku i rzeszy turystów, a czasem wystarczy tylko skręcić w odpowiednią uliczkę, by znaleźć się w miejscu, zupełnie innym i całkowicie niepodobnym do tego, które zostawiliśmy tuż za rogiem.

(kliknij w zdjęcie, aby powiększyć)

.sami swoi

Miejscowi dali nam się poznać jako ludzie uprzejmi i skorzy do pomocy. Obsługa w kawiarniach, jak i w sklepach, za każdym razem raczyła uśmiechem, nawet, jeżeli ewidentnie nie miała pojęcia, czego dokładnie chcemy, bo ze znajomością angielskiego bywało niestety różnie. Ale starali się jak mogli, czym zdecydowanie zyskali sobie moją sympatię, w przeciwieństwie do francuzów, którzy są zbyt dumnym narodem, by zniżyć się do poziomu języka angielskiego, a niefortunnie są przy tym też znacznie mniej przyjaźnie nastawieni.

Przyznaję jednak, że pomimo tej pozytywnej otoczki, to i tak było nic w porównaniu z nastawieniem, jakie lokalna społeczność okazywała osobom, władającym ich językiem – zdecydowanie byli oni uprzywilejowani znacznie bardziej, aniżeli anglojęzyczni turyści, ale jakoś mnie to nie dziwi i naprawdę miło było zobaczyć taką przystępność i przyjazność wśród obcych sobie ludzi.

(kliknij w zdjęcie, aby powiększyć)

.różnorodność

To miasto jest idealne dla osób niezdecydowanych – introwertycy, dusze towarzystwa, miłośnicy morza, wielbiciele gór, poszukiwacze miejskich wrażeń – tam każdy znajdzie coś dla siebie, bo Barcelona spełni wszystkie nasze potrzeby. Przechadzając się ulicami tej jakże turystycznej lokalizacji, nie czułam, jakbym znajdowała się na wybrzeżu, a w przypadku Passeig de Gràcia, porównałabym ją bez wahania do Champs-Élysées. Jednak gdy tylko wybrałyśmy się na plażę w Castelldefels, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wycięto i wstawiono mi kadr z serialu Słoneczny patrol.

.nowa „pasja”

Metro jak metro, londyńskie, paryskie, berlińskie czy warszawskie – to dla mnie wciąż katakumby, za którymi nie przepadam, ale z których korzystam, bo jest łatwiej, szybciej i sprawniej. Kolej i metro w Barcelonie wprost pokochałam, a rozkminiając uparcie mapę, nauczyłam się jej niemalże na pamięć. Miałam świetną zabawę, kombinując jak dostać się tu, ażeby później łatwiej było tam, a najlepiej jeszcze zahaczyć o to i przesiadać się przy tym jak najmniej. Do hotelu wracałyśmy każdego dnia z reguły dopiero po 23:00, więc półgodzinny powrót w pustej, klimatyzowanej kolei, stanowił całkiem przyjemny przerywnik, podczas którego wręcz odcinałyśmy się od wszystkich wrażeń, by chwilę później wysiąść na stacji w Castelldefels, doczołgując się ostatkiem sił do hotelu. Niedziela, poniedziałek i wtorek osiągnęły średnią 22-23 km dziennie, a dzień wyjazdowy, czyli środa, już tylko lekko ponad 11 km, co i tak uważam za całkiem dobry wynik po takim maratonie.

(kliknij w zdjęcie, aby powiększyć)

.fuzja smaków

Horchata zdobyła moje podniebienie, podobnie jak tamtejsze lody, od których aż trudno było się opędzić. To pierwsze stanowi napój przypisywany właśnie wschodniej części Hiszpanii – niby mleczny, a jednak niekoniecznie, bo robiony z bulw cibory jadalnej (migdał ziemny), wody i cukru, natomiast lody były wprost obłędne i skłonna jestem przyznać, że niektórych smaków na próżno szukać równie dobrych gdziekolwiek indziej (piszę to głównie z myślą o Crema Catalana, czy Dulce de Leche, podawane w rożku całkowicie oblanym czekoladą z orzechami).

I choć sangrii daleko jest do zyskania mojej przychylności, tak mohito mieli bezbłędne! Podobnie jak zaopatrzenie piekarni – gdyby nie fakt, że tyle zwiedzałyśmy, pewnie wróciłabym z bagażem kilku dodatkowych kilogramów ;) I choć na próżno szukać tam Laduree, tak w McDonald’s możemy spokojnie rozejrzeć się za naprawdę dobrymi makaronikami, co początkowo wprawiło mnie w niemałe osłupienie.

Nie napiszę Wam, że spróbowałyśmy wymyślnych, hiszpańskich dań, bo tak po prostu nie było, byłyśmy na tyle zaabsorbowane pięknem Barcelony, że ograniczyłyśmy się wyłącznie do wszelakich wypieków, zarówno słonych jak i słodkich, a także lodów, urozmaiconych kawałkami pizzy, miejscowymi pierożkami i calzone – ot, dieta życia ;)

(kliknij w zdjęcie, aby powiększyć)

.kwintesencja

Tym razem było nią zdecydowanie wspaniałe towarzystwo z nielimitowaną ilością śmiechu i dobrej zabawy, a także Festa Major de Gràcia (której poświęcę osobny wpis). To jeden z tych wyjazdów, które zapamiętam szczególnie – nie ze względu na miejsce, które niewątpliwie zapierało dech, a z powodu ludzi. Możliwość spędzenia dłuższego czasu z siostrą zadziałało na korzyść naszych relacji, czego nie ukrywam, bardzo potrzebowałam, z kolei spotkanie z Dagmarą, którą znacie jako womanatwindow, znacząco przerosło moje oczekiwania, a dodatkowo sprawiło, że Barcelona szybko zagości ponownie w moim kalendarzu. To niesamowite jak wiele dobrego może nam przynieść internet, czy sama blogosfera. Nagle okazuje się, że abstrakcja staje się realna i fakt, że ktoś mieszka dwa tysiące kilometrów od Ciebie, nie stanowi w zasadzie bariery, która przeszkodziłaby we wspólnym napiciu się mohito, siedząc na krawężniku randomowej, barcelońskiej ulicy.

Total
0
Shares
Komentarze: 14
  1. Nie powiem nic odkrywczego, jeśli wspomnę o Gaudim, aż się zdziwiłam, że nie ma tu zdjęć jego dzieł ;-) Nie byłam w tym mieście nigdy, ale może jeszcze uda się je odwiedzić.

  2. Znowu zdjęcia odciągają skutecznie od czytania. Udało Cię się mnie przenieść do Barcelony, chyba wypadało by to miejsce kiedyś odwiedzić w realu, nie tylko w wirtualnej podroży. :)

  3. cudownie! nie ukrywam, że czekałam na relację z Barcelony, bo wiedziałam, że przy jej okazji pokażesz piękne zdjęcia. Barcelona wciąż jest na mojej liście miejsc do odwiedzenia i nie ukrywam, że mam nadzieję, na dość rychłą realizację tego punktu. problemem jest jednak to, że lista wciąż się powiększa i wydłuża, co trochę utrudnia zadanie, i tak jak Ty – prawdopodobnie również jestem dość kochliwa, mówiąc o podróżach. z niecierpliwością czekam na kolejne relacje z tego wyjazdu! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Wpisy, które mogą Cię zainteresować