Menu
Podróże / Polska

Pierwszy raz na snowboardzie? Bez paniki!

Utknęłam w górach. Dosłownie i w przenośni. Oderwana od rzeczywistości, tarzam się w białym puchu, jakby moje kończyny wcale nie krzyczały: włóż nas do ognia okrutna kobieto!

Nigdy nie przepadałam za zimą, a przebywanie w górach zwykle stanowiło delikatnie mówiąc – męczarnię. Słońce, morze, 25’C+ – poproszę w każdej ilości! Pierwsza zmiana nastąpiła w 2009 roku, kiedy to za sprawą pewnej pozytywnie nadpobudliwej blondynki, której zawsze było mało wrażeń, po raz pierwszy przypięto mi do butów parapet. I tak jakoś zostało.

680_czarna_gora_landscape

.liść, liściem, z liścia!

Z uporem maniaka przez pierwsze dwa sezony zjeżdżałam liściem, udając, że przecież świetnie mi idzie. Do czasu aż poznałam M. – zapalonego narciarza i gościa od deskorolki. Snowboard? Kiedyś raz, ale nie zaszkodzi spróbować ponownie. No więc wybraliśmy się razem i ostatecznie wyszło tak, że on miał przypiętą deskę drugi raz w życiu, a ja i tak nie miałam z nim realnych szans. Najwyraźniej niektórzy się z tym rodzą.

Dramat, jaki wtedy przeżyłam nadaje się na świetną komedię. Na którymś wyjeździe nie wytrzymał i zapytał mnie: czemu ciągle udajesz liścia? Nie wiedziałam, czy strzelić mu z liścia, czy zapytać: wtf?! Wtedy się zaczęło. Nie odpuścił, dopóki mnie nie nauczył; i choć wielokrotnie byłam na niego wściekła, nie jeden raz miałam ochotę zejść pieszo ze stoku, dziś jestem mu cholernie wdzięczna za czas, stracone miliony monet (za wiele wtedy przy mnie nie pojeździł), chęci i niesamowite pokłady cierpliwości.

680_stok_czarna_gora

.wypadki chodzą po ludziach .i lodzie

Rozpoczęcie ubiegłego sezonu odliczałam niemalże z kalendarzem. Tak bardzo mi się spieszyło, że wystrzeliłam gdy tylko dośnieżyli pierwszy okoliczny stok. Zieleniec, to był początek grudnia, śnieg nie zdążył nawet poprószyć, ale gdy dojechaliśmy, oczy mi świeciły. Kij z tym, że mgła, że lód na stoku, że mała warstwa pokrywy śnieżnej, że lekko padał deszcz (deszcz! nawet nie śnieg), przy którymś zjeździe się zagalopowałam. Trafiłam na muldę i taflę lodu i wiedziałam, że ból trwał zbyt długo. Do tej pory w swoim krótkim życiu nie miałam złamanej żadnej kończyny, z palcami włącznie – dziecko czterolistnej koniczynki, więc następstwo tego upadku było czymś zupełnie nowym. W Zieleńcu nie złamałam nadgarstka. Ja go totalnie roztrzaskałam, do tej pory nawet nie wiem na ile części. Pierwsza pacjentka GOPRu w sezonie 2013/2014. Byłam wściekła, bo jeszcze nie zdążyłam się najeździć.

Naćpali, poskładali, wysłali do domu. Były łzy i bezsilność, ale na stok wróciłam – 2 tygodnie po usunięciu gipsu, jednak tym razem dzierżąc pod rękawicami ochraniacze na nadgarstkach. Strach? Był, zwłaszcza, że tamten sezon stanowił jeden z najgorszych od wielu lat – zwyczajnie brakowało śniegu. Jednak lekcję wyciągnęłam i kolejną rzeczą jaką zrobiłam to nauczyłam się upadać.

680_Czarna_Gora_stok

.co warto wiedzieć zaczynając zabawę z parapetem?
… czyli pierwszy raz na snowboardzie.

1. Nie zaczynajcie od zakupów, jeżeli nigdy nie zdarzyło Wam się popełnić choć jednego zjazdu na desce. Wszędzie, dosłownie wszędzie są wypożyczalnie sprzętów, w tym i butów, a nawet gogli. Tylko ten jeden raz – zaufajcie mi, a później kupujcie sobie za miliony monet sprzęt jakiego dusza zapragnie, o ile tylko będziecie wiedzieć, że to jest TO.

2. Nawet nie myślcie o wejściu na stok bez rękawic i nieprzemakalnych spodni. Widziałam ludzi na swoich pierwszych razach w jeansach i uwierzcie mi – nic z tego nie wyszło. Pożyczcie, jeżeli nie macie.

3. Rodzaj deski i sposób mocowania wiązań ogarną dla Was profesjonaliści – po prostu powiedźcie w wypożyczalni, że jesteście początkującymi.

4. Jeżeli nie macie u swego boku kogoś, kto oprócz jazdy we krwi, potrafi tłumaczyć i ma nieograniczone pokłady cierpliwości – koniecznie weźcie instruktora, dla bezpieczeństwa własnego i innych użytkowników stoku. Choćby na dwie, trzy godziny, w których to pomoże Wam ogarnąć podstawy – od schodzenia z wyciągu, przez odpowiednie rozłożenie ciężaru ciała, hamowanie, balansowanie. Triki zostawcie sobie na później – nie będzie tak jak na filmikach na YT w Alpach, przynajmniej nie od razu.

5. Dzieci są wszędzie. Także nie ma sensu się tym frustrować, nawet, jeżeli zaliczycie okropną glebę, usiłując ominąć jedno z nich, bo nagle odbiło w lewo, choć przez cały czas jechało prosto. Życie.

6. Nie siedźcie zbyt długo na oślej łączce. Nauczcie się podnosić ze śniegu, utrzymywać równowagę, schodzić z wyciągu i przenieście się odrobinę wyżej; na płaskim terenie nie nauczycie zbyt wiele, wybierzcie sobie łagodny stok dla początkujących.

7. Upadki będą Wam wiernie towarzyszyły bez względu na Wasze chcę – nie chcę. Pogódźcie się z tym już na wstępie, jak i faktem, że następnego dnia będziecie przeklinać dzień, w którym pomysł ze snowboardem przyszedł Wam do głowy. Ale później, o ile deska Was wkręci, uznacie, że… to w sumie całkiem fajne, mimo, że czujecie, jakby ktoś po Was przejechał.

.bawcie się!
Cieszcie, uśmiechajcie i czerpcie garściami radość z otoczenia – na stokach jest jej całe mnóstwo :)

680_snowboard_contract

Tegoroczny sezon rozpoczęliśmy na Czarnej Górze, z której to zdjęcia oglądacie w tym wpisie. Było pięknie, mimo że warunki pozostawiały jeszcze trochę do życzenia. Ale rozpoczęłam 5. sezon i wciąż chcę więcej :)

O Autorce

Uwielbiam podróże, snowboardowe szusy, chodzenie po górach i swój czerwony motocykl. Na co dzień znajdziesz mnie na Instagramie, gdzie realizuję jeszcze jedną pasję - fotografię. Mam szczególną słabość do czarnej kawy, białego wina, zimy i żelków o smaku mango. Założyłam tego bloga, bo lubię odkrywać nowe miejsca, tak samo jak dzielić się pozytywnymi rzeczami #keepitsimple.

20 komentarzy

  • Kondux
    7 stycznia, 2015 at 18:18

    Nigdy nie jeździłem i w tym sezonie już nie dam rady, ale może spróbuję w następnym ;)

    Odpowiedz
  • Aleksandra | LoveStreetFashion
    6 stycznia, 2015 at 19:05

    Zdecydowanie zgadzam się z tym, że na początku trzeba wziąć instruktora – o ile narty wydają mi się dośc intuicyjne (załapałam po dwóch dniach), to snowboard juz taki nie jest i nauka jazdy na nim wymaga duż lepszej koordynacji ruchowej i innej pracy ciałem. niemniej – decha daje mnóstwo radości i z pewnoscią nie wróce już do nart po dwóch sezonach z dechą.

    Odpowiedz
  • justmylife
    5 stycznia, 2015 at 22:42

    Super! Ja jeżdżę na nartach, ale mimo tego, ze zaczelam juz bardzo dawno temu, to moje umiejętności pozostawiają jeszcze wiele do życzenia :P wszyscy sie ze mnie śmieją, ze jeżdżę bardzo dostojnie. Czyli powolutku, bez pospiechu;)

    Odpowiedz
  • Bez Ściemy
    5 stycznia, 2015 at 21:58

    Tak uwielbiam góry, a jeszcze nigdy nie byłam w nich zimą. Chyba czas to nadrobić. Nie tylko po to, żeby zobaczyć inwersję. Ech… i snowboardu by się spróbowało. Przekonałaś mnie! W następnym roku jadę! :)

    Odpowiedz
  • Prawie Żona
    5 stycznia, 2015 at 18:18

    Ojj ja pamiętam swój jeden sezon na snowboardzie- tyłeczek bolał mnie jak nigdy w życiu :D nie mówiąc o kolanach i zakwachach po całym dniu na oślej łączce. Jednak bawiłam się jak dziecko, chętnie bym do tego wróciła, a właściwie zaczęła na nowo ;d

    Odpowiedz
  • Kamil Macher Mr K.
    5 stycznia, 2015 at 13:52

    Wypożyczalnie rządzą. Nigdy nie rozumiałem osób, które najpierw bezsensownie gromadzą sprzęt, a później dopiero sprawdzają czy dane zajęcie im się w ogóle spodoba. Dotyczy to wszystkiego – jazdy na desce, nartach, czy chociażby biegania.

    Odpowiedz
  • Gaja
    5 stycznia, 2015 at 10:54

    Ale dzięki swojej pasji łatwiej jest Ci przetrwać zimę, a my wszyscy nie zjeżdżający wymyślamy to jakieś rozgrzewające herbatki, to wieczory z ulubionym filmem, wszystko, by przetrwać jakoś zmarzlinę :-)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      5 stycznia, 2015 at 18:03

      Ależ to wszystko można cudownie połączyć! Nie ma lepszej gorącej czekolady, herbaty czy grzańca od tych, które wypija się na stoku – knajpy umiejscowione na trasie zjazdowej to istne błogosławieństwo ;) Jednak co racja to racja – zima wydaje się być o wiele bardziej znośna w mieście z perspektywą wyjazdu co któryś weekend w góry :)

      Odpowiedz
  • Andrzej Wywrocki
    4 stycznia, 2015 at 23:23

    Widzisz Adrianno to nie tak, że Twój blog mnie nie interesuje, ale mogłaś wcześniej powiedzieć, że jedziesz – sam bym się wybrał ;)

    Odpowiedz
  • Andanowa
    4 stycznia, 2015 at 22:54

    Raz w życiu jeździłam na nartach i bardzo mi się podobało, ale byłam wtedy dzieciakiem i jakoś nie było później okazji. Spróbowałabym chętnie, może właśnie na desce? Narobiłaś mi ochoty na góry!

    Odpowiedz
  • simply lifetime
    4 stycznia, 2015 at 19:54

    jakiś czas temu (tzn. całkiem niedawno) zaczęłam się uczyć jazdy na nartach i chyba nadal udaję, że nie jest tak źle (niestety, wciąż jeszcze jest…), ale radości jest mnóstwo. ubolewam ogromnie, że moja przygoda z tym sportem zostanie drastycznie ograniczona – złamane kolano mojego J. wykluczyło go z jakichkolwiek zimowych sportów. :(

    Odpowiedz
  • www.fashionable.com.pl
    4 stycznia, 2015 at 17:14

    Mam ogromną ochotę na góry. I ja i mój mąż uwielbiamy, ale o dziwo razem jeszcze nie byliśmy!

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      4 stycznia, 2015 at 19:13

      Będąc w wysokich górach postrzeganie zimy ulega diametralnej zmianie i nagle zimno nie jest takie straszne, a gorąca herbata, grzaniec czy czekolada smakują jak nigdy dotąd :)

      Odpowiedz
  • Katsunetka
    4 stycznia, 2015 at 11:49

    Miałam kiedyś narty na nogach, aż raz jak do tej pory w życiu i to na płaskim. :) Nie umiem wyobrazić sobie siebie na stoku, może ze względu na problemy ze zdrowiem. Sama bym się nie odważyła, jeżeli już to pod naciskiem i kogoś u boku co może własnie nauczyć.

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      4 stycznia, 2015 at 19:14

      Mimo wszystko, gdy tylko wrócisz do zdrowia, życzę Ci abyś któregoś dnia chciała (byle nie pod naciskiem! :) ) spróbować ponownie. To cudowny stan i jeszcze lepsza zabawa :)

      Odpowiedz
  • Świnka
    3 stycznia, 2015 at 22:40

    Ale fajnie! :) To się dopiero nazywa pasja :) Ja umiem i lubię jeździć na nartach ale nie ma w moich uczuciach takiej ‘namiętności’ (wybacz. nie znalazłam lepszego określenia). Ale za to u mnie z bieganiem jest podobnie. To zdecydowanie mój sport numer jeden. Dlatego wcale aż tak bardzo nie narzekam na brak śniegu w zimie ;)))) Dla mnie rozwiązanie idealne to ciepła zima w Polsce, żebym mogła biegać i tygodniowy wyjazd w Alpy na narty! :) Ale jakoś nigdy mi się jeszcze nie udało :)

    Odpowiedz
    • Adrianna Zielińska
      4 stycznia, 2015 at 19:16

      Tak bardzo chciałabym się przekonać do biegania! Może gdyby tereny w okolicy były bardziej przyjazne. Mieszkam w samym centrum Wrocławia, gdzie jedyny park, który znajduję się nieopodal – jest jedną z największych atrakcji turystycznych; męczące, bo wszędzie asfalt, asfalt i kostka (co by nie było nudno…).

      Odpowiedz
      • Świnka
        4 stycznia, 2015 at 21:36

        Hihihi, akurat ten problem rozumiem z Krakowa, gdzie studiuję. Też tylko asfalt, asfalt i bieganie w koło parku. Ale bieganie w moim rodzinnym Bielsku, gdzie czekają na mnie podbiegi niczym w górskich maratonach albo spadki jak ze skoczni narciarskiej też do łatwych nie należy :D A mimo wszystko jakoś się polubiliśmy z bieganiem! :) Ale masz swój ukochany snowboard i to się liczy! :)

        Odpowiedz

Zostaw komentarz